Jak zostałem Biegaczem

My. Biegacze. Każdy z nas ma swoją historię początków biegania. Motywacja do postawienia pierwszych biegowych kroków może być różna. Pragniemy zgubić zbędny balast, poprawić kondycję fizyczną i zdrowotną, czy też chcemy poznać nowych ludzi i poszerzyć/zmienić krąg znajomych. Ważnym i częstym motywem rozpoczęcia przygody z bieganiem (lub z innym sportem), są względy osobiste. Szukamy sposobu na wyładowanie negatywnych emocji, stresu, chcemy odnaleźć obszar w życiu, który będzie należał tylko do nas i będziemy mogli kreować go według własnych potrzeb i oczekiwań.

Pamiętam własne początki. Pierwsze kilometry pokonałam na bieżni mechanicznej. Wtedy chyba największą motywacją był dla mnie jej wyświetlacz 🙂 Zwiększałam prędkość, kąt nachylenia bieżni, bawiłam się tym i sprawdzałam ile jestem w stanie wytrzymać.

Ciekawa doświadczeń znajomych, spytałam Martę jak to u niej jest z motywacją. Usłyszałam:

…gdy zaczynasz biegać, pierwsze trzy treningi robisz jakby na siłę, bo “fajnie jest biegać”. Pokonujesz własne słabości, ale robisz to jakby pod presją. Od czwartego treningu po prostu chce Ci się chodzić biegać, trening staje się nawykiem. Już sama możliwość biegania, motywuje by założyć buty i wybiec.

Jak się okazuje, motywacją do biegania może być bieganie samo w sobie. Nie ma lepszych czy gorszych źródeł motywacji. Najistotniejsze jest to, że ostatecznie dążymy do pozytywnych zmian w naszym życiu, robimy coś dobrego dla siebie, stawiamy sobie cele i je realizujemy.

Biegacz jedzie na zawody…

Bieganie to sport z nutką rywalizacji. Oczywiście możemy biegać dla czystej przyjemności, bez pomiarów tempa, dystansu i tętna. Po prostu założyć buty i wybiec przed siebie. Możemy też zaopatrzyć się w najnowszy model zegarka z GPS, skrzętnie prowadzić dzienniczek treningowy i czerpać radość z nowych rekordów. Wolny wybór każdego z nas. Załóżmy jednak, że truchtamy już kilka miesięcy, etap adaptacji mamy za sobą, bez problemu potrafimy ciągiem przebiec kilka kilometrów. Zaczyna nam czegoś brakować, swoje trasy znamy już na pamięć. Wiemy, że od bloku w którym mieszkamy do najbliższego skrzyżowania jest 1 km, pętla wokół parku ma 3 km. Dodatkowo zauważyliśmy, że wspomnianą pętlę przebiegamy nie w 20 min, ale już w niecałe 18.

W końcu przychodzi taki dzień, kiedy pojawia się myśl – zawody, linia startu, na niej ja i dziesiątki, a nawet setki innych biegaczy? Kibice na trasie, a na końcu meta i medal? Hmm fajna sprawa, chyba spróbuję. Staż biegowy Aurelii jest niewielki, biega od około pół roku. Za namową, jak to określiła, szalonej koleżanki, dla poprawy samopoczucia, bez spinania się. W sierpniu, w jej rodzinnym mieście Włocławku organizowany był bieg. Na początku wahała się czy wziąć w nim udział. Po dłuższym zastanowieniu stwierdziła jednak, że fajnie byłoby sprawdzić własne możliwości. Bieg odbywał się na dystansie 10 km. Aurelia na treningu nieraz tyle przebiegła, także dlaczego nie.

Oczywiście przychodzi moment, kiedy pojawiła się niepewność oraz stres. Zapytałam Martę, Aurelię oraz Pawła o ich nastawienie i odczucia przed samym startem. Każdy z nich miał podobne wątpliwości – czy uda się przebiec w regulaminowym limicie czasu? Marta wspomina, każdy kolejny kilometr, uświadamiał mnie, że strach ma tylko duże oczy. Adrenalina, kibicie na trasie, cała ta otoczka wokół, to wszystko daje nam duży zastrzyk energii. Oczywiście jeśli mamy za sobą rzetelne treningi, a nie ruszyliśmy prosto z kanapy.

Na głęboką wodę

Sięgam pamięcią wstecz i próbuję przypomnieć sobie jak to było u mnie. Kilka dobrych lat byłam stałą bywalczynią klubu fitness. Także chcąc nie chcą, na co dzień miałam styczność z ludźmi, którzy lubią się ruszać, w najbliższym kręgu znajomych znajdowało się sporo biegaczy. Kiedy dowiedzieli się, że coś tam zaczynam truchtać, od razu padł temat “poznański półmaraton”. Był styczeń 2012, bieg miał odbyć się w kwietniu. Miałam zatem 4 miesiące. Zapisałam się, cel został sprecyzowany, nie mogłam dać ciała, trzeba było trenować. Marta opowiada, że u niej było identycznie. Spontanicznie zapisała się na tegoroczny półmaraton poznański. I to była największa motywacja do treningów.

W międzyczasie uświadomiłam sobie, że wybrałam na debiut jeden z większych półmaratonów w Polsce. I będzie to, aż 21 km i 97,5 m. Trochę mnie to przeraziło. Stwierdziłam, że dobrze byłoby przed połówką spróbować swoich sił na krótszym dystansie. Zaznajomić się z samą logistyką biegu, z procedurą odbioru pakietów itd.. Szybkie rozeznanie w temacie…znalazłam! Marzec, 10 km, Maniacka Dziesiątka.

Szalony pomysł miał Paweł. Jego pierwsze zawody to…maraton. Był rok 2010, Paweł kończy 18 lat. Podekscytowany opowiada:

jedni zdają prawo jazdy, jeszcze inni wyprowadzają się wtedy z domu na własne gniazdo, a jeszcze inni skaczą ze spadochronu. Ja postanowiłem przygotować się do pokonania maratonu.

Pomysł zrodził się rok wcześniej, podczas 10 edycji maratonu, w której Paweł uczestniczył w roli wolontariusza. Wówczas obiecał sobie, że za jakiś czas role zamienią się. To on pobiegnie, a jego znajomi będą kibicować, podadzą butelkę wody czy banana.

Pronacja, supinacja…i inne równie obco brzmiące pojęcia

Paweł pierwsze treningi biegał w halówkach pożyczonych od brata. Ja długi czas biegałam w najzwyklejszych adidasach z nubuku. Jakiś miesiąc przed maniacką, w ramach prezentu urodzinowego, wyruszyłam do Go Sportu. Czym kierowałam się podczas zakupu butów? Po pierwsze miałam niewielki wybór ze względu na rozmiar stopy – 42. Po drugie posiadałam ograniczony budżet, buty za 400 zł odpadały. Po trzecie buty musiały być ładne. Biorąc pod uwagę powyższe, udało mi się zakupić pierwsze obuwie biegowe, Nike Dual Fusion. Po jakimś czasie usłyszałam o takich pojęciach jak np. pronacja, supinacja. Jaki typ stopy miałam, nie mam pojęcia. Ważne, że buty okazały się wygodne. Moja wiedza techniczna na temat biegania była znikoma. Terminy takie jak Endomondo czy Garmin jeszcze na długo pozostały mi obce. Wiele biegów ukończyłam ze zwykłym zegarkiem na nadgarstku. Do tego nie był to zegarek elektroniczny, tylko tradycyjny, ze wskazówkami, pasujący bardziej do kreacji ubranej na imieniny cioci aniżeli na bieg 🙂 W zasadzie z Endomondo nigdy nie korzystałam, mój telefon jakoś nie dawał sobie rady z tą aplikacją. Trasy rysowałam na runningmap, sprawdzałam godzinę rozpoczęcia i zakończenia treningu, po czym zapisywałam w kalendarzu wcześniej oszacowany dystans i czas biegu. W ten sposób radziłam sobie jakieś 8 miesięcy. Potem nastała nowa era – Garmina. Takie właśnie były początki mojego biegania. I zawsze wspominam je z uśmiechem i wielkim sentymentem. Kilka lat temu było znacznie mniej portali i artykułów biegowych, każdy poznawał ten sport trochę po omacku, na własną rękę. I to było fajne! To jednak osobny temat na wpis :).

No to lecimy!

…i to dosłownie! 3, 2, 1…start! Ruszyłam jakby mnie piorun trzasnął. Trasa Maniackiej Dziesiątki w 2012 roku po raz ostatni prowadziła dookoła poznańskiej Malty, dwa okrążenia. Pamiętam jak dziś, pierwsze kilometry, super, euforia, kibice na trasie. Czuję, że mogę wszystko, ogromna moc, nogi niosą. Nie miałam pojęcia w jakim czasie przebiegłam pierwsze 5 km, w tych emocjach trudno było dostrzec cokolwiek na moim wypasionym zegarku :). No nic, trzeba jeszcze przebiec 2 kółko. Gdzieś w okolicy 6 km jakby trochę przygasłam. Jeszcze przed chwilką wydawało mi się, że mam nieograniczone pokłady energii…gdzie się podziały? Pamiętam, że strasznie chciało mi się pić, było bardzo gorąco. Nie spodziewałam się w połowie marca tak ciepłego i słonecznego dnia. Oczywiście jak nietrudno się domyślić byłam nieco za grubo ubrana. Bluzka – ok, z krótkim rękawkiem, a do tego długie, czarne, ocieplane leginsy. Trochę się gotowałam. Nie zdążyłam zorientować się, kiedy przeszłam do marszu. Zrobiłam kilka kroków, ale na szczęście krzyki kibiców przypomniały mi po co tu jestem. To nie jest niedzielny spacer, jestem na biegu, także jak sama nazwa wskazuje – trzeba biec. Zacisnęłam zatem zęby i gnałam już do mety… Pierwszy medal zawisł na szyi. To już jest coś! Jaka ja byłam z siebie dumna!

Podobne wrażenia na mecie miała Aurelia. Mimo obaw zmieściła się w limicie, nie była ostatnia, czuła wielką moc, pobiegła o wiele szybciej niż się spodziewała. Ach ta adrenalina! Marta wbiegała na metę resztkami sił. Pech chciał, że od 12 km walczyła z bólem kolana. Ale to był tylko ból fizyczny,

psychicznie było cudownie, przez większość biegu miałam ciarki z wrażenia, że jest tak świetna atmosfera.

Paweł, podobnie jak ja, nieco nie trafił ze strojem na bieg. Ubrał się “ na cebulkę”, a po kilku km, na Drodze Dębińskiej, zaczął z wielką gracją zrzucać z siebie kolejne warstwy ubrania. Start w pierwszym maratonie kojarzy się Pawłowi przede wszystkim z wielkim bólem nóg. Walczył z nim większą część biegu, jak i kilka dni po. Jak sam określił nogi zakwaszone jak ogórki babci Marysi. Rodzina przerażona, a ja byłem z siebie dumny. I o to chodzi!

I co dalej?

Aurelia przeczytała gdzieś, że bieganie to taki rodzaj zmęczenia, w którym wysiłek staje się przyjemnością. I utożsamia się z tym stwierdzeniem w 100%. Ja również. I Ty, drogi Czytelniku pewnie też, skoro już trafiłeś na bloga 🙂 Dodałabym jeszcze od siebie, że jest to wysiłek, który uzależnia. Aurelia, Marta, Paweł i ja. Każdy z nas, bez fałszywej skromności, czuł na mecie dumę i satysfakcję. Pomimo tego, że podczas samego biegu pojawiły się chwile mało komfortowe, był większy lub mniejszy ból, zwątpienie.

Pierwszy start w zawodach dla całej 3 stał się początkiem przygody z bieganiem. Na Endomondo śledzę treningi Aurelii, które nadal przynoszą jej mnóstwo radości i z których czerpie energię. Z Martą przed każdymi zawodami życzymy sobie powodzenia, Pawła spotykam niemalże na każdym biegu, on to chyba jest wszędzie:)

A Ty, drogi Biegaczu pamiętasz swoje początki? A może dopiero rozpoczynasz przygodę z bieganiem i niecierpliwie oczekujesz pierwszego startu w zawodach? Jeśli chcesz podzielić się własną historią, pisz śmiało.

ps. dziękuję Aurelii, Marcie (bazyliowymus.blogspot.com) oraz Pawłowi za pomoc przy tworzeniu wpisu! 🙂