Urlop w listopadzie? Czemu nie! Stwierdziliśmy, że fajnie będzie wyrwać się na kilka dni z Poznania, odciąć od codziennych spraw, wypocząć. Damian oczywiście był za górami, ja nie bardzo. Wiedziałam, że jeśli góry to bieganie w górach. Planowałam roztrenowanie i jakoś specjalnie nie miałam energii na takie górskie eskapady. Damian zatem dał mi wolną rękę, jeśli chodzi o wybór miejsca. Rzucałam pomysły: Trójmiasto, Kraków, Wrocław… Zaczęłam szperać w Internecie, sprawdzać jak i gdzie możemy spędzić tam czas. Szybko jednak stwierdziłam, że wyjazd do dużego miasta mija się z naszym celem, po czym oznajmiłam Damianowi: dobra, jedziemy w góry! Gdybyście widzieli ten błysk w jego oku, gdy usłyszał słowo GÓRY 🙂 Teraz tylko trzeba było podjąć decyzje, gdzie dokładnie wyruszymy. Latem byliśmy w Karkonoszach oraz Beskidach, także obierając nieco inny kierunek, padło na Góry Stołowe. Wybraliśmy małą mieścinę, Duszniki-Zdrój.

Pierwszy raz miałam udać się w góry o tej porze roku. Jak się później okazało, decyzja ta była bardzo dobra. Na szlakach pusto, spotkaliśmy w sumie może z 3 osoby, idealnie wręcz, tylko my dwoje i przyroda. Jeśli chodzi o warunki pogodowe nie było najgorzej, przelotne opady deszczu, czasem wiatr, kilka stopni na plusie, do przeżycia. W Dusznikach spędziliśmy w sumie 4 dni, parafrazując tytuł kultowej już pozycji Scotta Jurka – jedz, biegaj i wyleguj się w łóżku. Tak właśnie mijał nam czas.

Góry i ja

Moja górska przygoda biegowa rozpoczęła się dopiero w tym roku. Wszystko za sprawą Damiana i jego szalonego pomysłu wspólnego wystartowania w Chudym Wawrzyńcu. Kiedy w lutym zapisywaliśmy się na Chudego, byłam całkowicie zielona w temacie biegania ultra, a dystans ponad 50 km budził we mnie, łagodnie rzecz ujmując, lekkie przerażenie. O tej przygodzie możecie przeczytać tutaj KLIK. To był niewątpliwie mój start roku 2015. W lipcu, miesiąc przed zawodami, wyskoczyliśmy na weekend w góry, aby trochę treningowo pohasać, przetestować sprzęt i sposób odżywiania na trasie. Wtedy udało mi się pierwszy raz pokonać dystans dłuższy niż maraton.

Zatem jak widzicie, to są naprawdę moje początki. Ostatni wypad w góry był trzecim stricte biegowym. Zdaję sobie sprawę, że wiedza, którą posiadam jest niczym kropla w morzu. Niemniej jednak chciałabym podzielić się z Wami tym, czego do tej pory udało mi się doświadczyć. Może ktoś z Was myśli o bieganiu w górach, nie wie do końca jak się do tego zabrać, na co zwrócić uwagę. Do niedawna również mi towarzyszyły spore wątpliwości, ale zapewniam, że bieganie w górach jest w zasięgu ręki czy też nóg 🙂

Trening

Jak wyglądało moje przygotowanie do pierwszego startu na 50 km w górach? Spoglądam na rozpiskę treningów na Endomondo. Maj 113 km, czerwiec 135, lipiec 190. Tragedia. Plan treningowy do biegu na 50 km polecany przez Hala Koernera w “Przewodniku po bieganiu ultra” przewiduje tygodniowo około 80-90 km. Jest to napewno wersja dla doświadczonych biegaczy, wiem, że sama w obecnej chwili nie wytrzymałabym takiego obciążenia treningowego przez kilka czy kilkanaście tygodni. Jednak te 50-60 km w tygodniu to moim zdaniem minimum. Tyle biegałam mniej więcej podczas przygotowań do maratonu. Zatem kilometrażu nie miałam żadnego, długich wybiegań również. Sporo kilometrów wyjeździłam na rowerze (maj 427, czerwiec 496 oraz lipiec 498 km). I to mi chyba bardzo pomogło, nogi były dość silne. Pewnie niejeden “ultrawyjadacz” popuka się w czoło i stwierdzi, że porwanie się na bieganie w górach z takim przygotowaniem, a raczej jego brakiem, to szaleństwo. Jeśli ktoś startuje z określonym założeniem czasowym, chce poprawiać dotychczasowe wyniki, to napewno musi zadbać o porządny trening i wybiegać sporo kilometrów. Ja jestem na etapie przecierania górskich szlaków, dopiero zaczynam smakować gór i ultra. Ze sportem związana jestem kilka lat i forma oraz sprawność wypracowana wcześniej, okazała się wystarczająca. 53 km trasę Chudego Wawrzyńca udało mi się pokonać w 8 godzin 37 minut, po drodze nie doznałam żadnych kontuzji, straciłam 1 paznokieć, miałam 1 kryzys psychiczny mniej więcej w połowie. Po biegu byłam nieco obolała, ale nie musiałam schodzić tyłem po schodach. W kolejnym tygodniu biegłam półmaraton na zawodach. Pomimo tego, że moje przygotowanie pozostawiało wiele do życzenia, udało mi się ukończyć bieg z przysłowiowym uśmiechem na twarzy.

W roku 2016 planuję również wystartować w górach. Dystans 42-50 km, póki co tyle mi starczy 🙂 Choć nie powiem, kiedyś pewnie zmierzę się z czymś dłuższym. Co niektórzy twierdzą, że prawdziwe ultra zaczyna się dopiero po 100 km…

Buty

Pierwsze górskie kilometry pokonałam w najzwyklejszych butach do biegania, model Nike Dual Fusion. Swoją drogą to moje pierwsze buty biegowe w ogóle, zakupione przeszło 3 lata temu. Buty jak to buty, muszą być wygodne i to jest najważniejsze. Moje były sprawdzone, może nieco już zanadto rozbiegane, ale akurat to był plus. Wybrałam je jeszcze z tego względu, że ich podeszwa nie jest do końca gładka, mają niewielkie wypustki. Biegałam w nich już nieraz po śniegu i wiedziałam, że mają dość dobrą przyczepność. Lepszą niż Nike Zoom Elite 7, w których biegam po asfalcie. Udałam się w nich na Śnieżkę, wejście było ok, jak zbiegałam po kamiennych płytach pokrytych piaskiem, kilka razy wpadłam w mały poślizg. Reasumując, da się biegać w szosowym obuwiu po górach. Jednak namawiałabym do zakupu butów z bardziej agresywnym bieżnikiem. Napewno poczujemy się o wiele pewniej i bezpieczniej na szlaku. W górach podczas deszczu i w błocie nasze szosówki mogą nie dać rady. Sama zresztą z myslą o Chudym kupiłam specjalnie obuwie trailowe. Obawiałam się właśnie opadów deszczu i błodnistych zbiegów. Buty trailowe sprawdzają się również świetnie na nizinach podczas biegów po śniegu czy też w lesie. Zatem chyba warto zainwestować.

Moje pierwsze i póki co jednyne, buty trailowe to Adidas Kanadia 7 Trail. Rozmiar 42 2/3, 27 cm, waga 281 gram, wersja męska. Damskich tak wielkich nie było 🙂 Czy jestem z nich zadowolona? Tak. Buty są dość ładne 🙂 Nie mam porównania do innych modeli, ale spełniają swoje główne zadanie, czyli sprawiają, że podczas biegu przyczepność do podłoża jest bardzo dobra. Nieraz uratowały mnie od wywrotki na śliskiej trawie. Podeszwa wystarczająco amortyzuje uderzenia o kamienie. Poza tym są wygodne, nie bolą mnie w nich stopy (nawet po 53km), nie są twarde. Do biegu za każdym razem ubieram 2 pary skarpet – jedna cienka, druga nieco grubsza. Co prawda po Wawrzyńcu paznokieć z dużego palucha zszedł, ale wiem, że był to skutek bardziej techniki mojego zbiegania niż samych butów.

Poniżej kilka słów od Damiana:

Moje pierwszy biegowe buty trailowe. Ważące ok. 270 gram Mizuno Kazan. Początkowo sprawiały wrażenie bardzo ociężałych (zdarza mi się biegać w butach ważących grubo poniżej 200 gram). Po namoczeniu w błocie, ich waga wyjściowa nie stanowiła już problemu 🙂 Nie będę poruszał kwestii wyglądu, bo to sprawa dyskusyjna, a Mizuno raczej nie jest firmą tworzącą najbardziej bajeranckie obuwie. Są dość twarde – musiałem przyzwyczaić do nich stopy. Przyczepność jest bardzo dobra. Pokonywałem w nich mokre, trawiaste stoki, błotniste bezdroża, a także najeżone ostrymi kamieniami ścieżki. Sprawowały się bez zarzutu (nie dają rady na śliskim drewnie, np. korzeniach, ale to specyfika chyba wszystkich butów z tego typu bieżnikiem).

Plecak

Niezbędny element biegów ultra to plecak. Podczas kilku (kilkunastu) dobrych godzin biegu trzeba mieć spory zapas płynów w czymś, co umożliwi nam sprawne i wygodne korzystanie z niego. Ja biegam z plecakiem Kalenji: http://www.decathlon.pl/torba-do-biegow-terenowych-id_8312251.html

Plecek w zestawie ma bukłak o pojemności 2 litrów. Nabyłam go za jedyne 129 zł i był to bardzo dobry zakup za niewielkie pieniądze. W sklepie zakładałam kilka innych modeli, kiedy mierzyłam Kalenji od razu poczułam, że leży idealnie. Jak się okazało później, podczas biegu też jest ok. Duży plus za dodatkowy pas pod biustem, plecak dzięki niemu nie zmienia swojej pozycji podczas ruchu, potrafiłam zapomnieć, że w ogóle mam go na sobie.

Plecak ma jedną główną komorę na bukłak. Na samej górze znajduję się w niej mała kieszonka na pieniądze, dokumenty, na cokolwiek, co nie jest nam na bieżąco potrzebne podczas biegu. Na zewnątrz mamy otwartą kieszeń, tam zazwyczaj chowam rękawiczki, mapę, jedzenie czy dodatkową cienką bluzkę. Z boku są 2 kieszenie na zamek, najłatwiej do nich dotrzeć, gdy mamy założony plecak. Jest to idealne miejsce na żele czy batony. Plecak można w razie potrzeby powiększyć poprzez otwarcie zamka, który umieszczony jest wokół głównej komory. Pojemność i wygoda na 5 z plusem 🙂

Jedzenie

Co jeść podczas kilkugodzinnej wycieczki biegowej? Teorii na ten temat jest pewnie tyle ile szyszek w lesie 🙂 W kwestii odżywiania na trasie ciężko radzić, wszystko trzeba wypróbować samemu, testować jak nasz żołądek zareaguje na dany produkt podczas długotrwałego wysiłku.

Tempo mojego biegu nie jest za szybkie, zatem nie korzystam z żeli. W zamian mam zestaw innych, wypróbowanych już kilka razy, produktów:

  • batoniki Musli Bar z odrobiną czekolady, kupione w Lidlu, najbardziej lubię kokosowe, cena 0,59 sztuka

  • kabanosy

  • mleczko w tubce

Taki pakiet miałam podczas Chudego Wawrzyńca. Problemem wówczas była temperatura. Upał sprawiał, że nie miałam najmniejszej ochoty na jedzenie, z rozsądku udało mi się wcisnąć w siebie tylko mleczko w tubce. Na przepaku ze smakiem jadłam arbuza i brzoskwinie, jednak nie był to dobry pomysł. Zjadłam ich za dużo i potem miałam przez jakiś czas kolkę 🙂

Kabanosy są dobrym rozwiązaniem, kiedy temperatura powietrza jest niska. Podczas naszego ostatniego wypadu w góry najchętniej sięgaliśmy właśnie po nie.

Piję zawsze wodę, czasem rozpuszczę w niej magnez. Izotoniki omijam, źle je przyjmuję.

Dlaczego lubię biegać w górach?

Bieganie w górach to moja malutka część Wszechświata, wolna od takich pojęć jak “tempo, czas, rywalizacja”. Są góry i jestem ja. Biegnę, idę, maszeruję, wszystko tak wolno i tak szybko na ile pozwoli mi organizm. Na ostrym i długim podejściu wielokrotnie opadam z sił, by za chwilę móc odrodzić się podczas zbiegu po krętej, nie mającej końca, ścieżce. Na asfalcie lubię powalczyć o dobrą lokatę, pościgać się. I chyba jestem uzależniona od zegarka z GPS, w górach w ogóle na niego nie spoglądam. W zasadzie to ani razu nie załączałam Garmina, Damian miał swój zegarek i on ogarniał trasę. Góry sporo wymagają, ale z drugiej strony potrafią sowicie nagrodzić za wszystkie wysiłki: wolnością, zapierającymi dech w piersiach widokami, spokojem.

Oraz kilka słów od Damiana, który kocha góry 🙂

Albert Einstein stwierdził kiedyś, że czas jest względny, a sposób jego pojmowania zależy od obserwatora. Zburzył w ten sposób istniejący porządek. Dobrze czujemy się w uporządkowanym świecie. Lubimy standaryzować, przyjmować za pewnik. Góry są dla mnie takim przewrotnym nauczycielem fizyki życia. Jak daleko jeszcze do domu? Czy dotrę tam przed zmrokiem? Czy starczy mi jedzenia? Jak długo mogę wytrzymać bez niego? Ciekawe co jest za tamtym wzgórzem? Ile bólu jeszcze wytrzymam? Codziennie życie nie zadaje nam takich pytań, nie pozwala zatem zastanowić się nad odpowiedziami. Na szlaku wszystko staje się względne. Utarte schematy rozbijają się o przydrożne kamienie, bledną w górskim słońcu, aż w końcu zostają całkiem porzucone, gdzieś na leśnych ostępach. Bez tego balastu możemy dotrzeć do najbardziej niedostępnych miejsc, zwłaszcza tych znajdujących się głęboko w naszej głowie.