Ostatnie dni listopada. Miasta powoli oddają władzę w ręce mikołajów i reniferów, tworzących swoje dobrze oznaczone ambasady w każdej galerii handlowej. Zwierzęta szykują się do zimowego snu, co bardziej leniwe śpią już od dawna. Dla niektórych gatunków najlepszy czas dopiero nadchodzi. Morsy, bo o nich mowa, zaczęły niedawno okres swojej wzmożonej aktywności. Ich zwyczajowym habitatem są wody przybrzeżne Arktyki. Ostatnio notuję się ich anomalną aktywność w okolicy Jeziora Kierskiego. Okoliczni mieszkańcy donoszą o spotkaniach z dużymi grupami samic i samców, żerujących na płytkiej części wspomnianego akwenu. Sprawa wydaje się co najmniej podejrzana…

Jakiś czas temu mój kolega Piotrek wspominał mi o morsowaniu na Kiekrzu. Postanowiliśmy, że kiedyś musimy się tam razem wybrać. Nie sądziłem, że czas zapłaty za wypowiedziane słowa nadejdzie tak szybko. Sobota wieczór, piłka tak szybka, jak strzał Rooneya — “jedziecie jutro na morsy?”. Tak, jedziemy — bo czemu mamy nie jechać?

Dobre zimnego początki

Coniedzielne spotkania o godzinie 11:00 organizuje klub Morsy Poznań. Była to moja pierwsza przygoda z tego typu aktywnością (Asi również). Piotr miał już swój debiut za sobą. Stał się więc naszym mentorem i trenerem. Nie wiedziałem kompletnie czego się spodziewać. Domyślałem się, że będzie mi zimno. Przed kąpielą zalecana jest rozgrzewka, pobiegaliśmy więc trochę (akurat to potrafimy). Szybkie zrzucenie ciuszków, a zaraz potem chwila prawdy.

Podobno są dwie taktyki zanurzenia. Stopniowe i powolne oraz natychmiastowe. Na fali powszechnego entuzjazmu i morsowej atmosfery wybraliśmy to drugie.

Pierwsze kroki nie były zbyt ekspresywne – po prostu zimno. Kostki, kolana, uda oraz bardziej wrażliwe części. To co nastąpiło potem, naprawdę ciężko opisać słowami. Atmosfera stężała, zaczęła spowalniać ruchy. Nawet czas wydawał się bardziej gęsty. Myśli ciężko tłoczyły się przez komórki ciała, zwężone w tak absurdalnej temperaturze. Każda chwila składała się z bólu, z milionów malutkich igiełek wbijających się w ciało. Usłyszałem bicie własnego serca. Moment wejścia chyba najlepiej obrazuje scena występująca w każdym filmie akcji. Dwóch gości staje przed sobą. W rękach trzymają pistolety lub inne stosowne do epoki narzędzia destrukcji. Chwilę przed ostatecznym starciem, czas spowalnia, wyhamowuje właściwie do zera. Mimo że stoją nieruchomo, ich mięśnie są napięte, przygotowane do walki. Adrenalina rozpływa się po organizmie…

Po momencie kulminacyjnym przyszedł spokój. Niestety nie do wszystkich. Asia weszła do kolan, przeraziła się i uciekła 🙂 Ciężko powiedzieć ile byliśmy w środku. Pewnie gdzieś 30-60s. Wyszliśmy na brzeg i zaciągnęliśmy Asię z powrotem do wody. Głupio być morsem, który moczy tylko kolana. Tym razem weszliśmy powoli. Nam było już łatwiej niż za 1 razem. Asia też dobrze to zniosła. Chwilę po wejściu śmiała się i cieszyła, mówiąc, że wcale nie jest jej zimno. Drugi raz byliśmy w wodzie pewnie około minuty. Całkiem sporo jak na 1 raz.

Po ubraniu i wysuszeniu ciało szybko zaczęło się nagrzewać. Skostniałe pozostały tylko palce. W drodze powrotnej czułem się trochę zmęczony i hmm… powolny? Wrażenia jednak całkiem pozytywne. Na pewno spróbujemy ponownie 🙂

Kilka słów od Asi:

Jak człowiek ma przerwę w bieganiu to wpada na dziwne pomysły… Dzisiaj zaliczyłam pierwsze morsowanie. Jakie są moje wrażenia? Bałam się dwóch rzeczy: momentu zdejmowania ubrania oraz pierwszego kontaktu z zimną wodą. Temperatura powietrza była dziś znośna, kilka stopni na plusie. Zatem, ku mojemu zaskoczeniu, po rozebraniu się nie było mi bardzo zimno. Spora to pewnie zasługa emocji i atmosfery panującej wokół. Tak jak wspomniał już Damian, nasze wejście do wody było dość szybkie i gwałtowne. Grupa ruszyła, my za nimi. Szybko jednak mój entuzjazm opadł. Poziom wody miałam gdzieś w okolicach kolan, może troszkę wyżej. Poczułam przeszywające zimno, pomyślałam, że nie chcę, że boli, biorę zabawki i idę do domu. No i byłam już na brzegu.

Okryłam się ręcznikiem i czekałam na chłopaków. Zdążyłam się już nieco “rozgrzać” i na propozycję ponownej próby zanurzenia się, zareagowałam pozytywnie. Raz się żyję i nie chce być półmorsem moczącym kolana. Tym razem wejście było wolniejsze i stopniowe. Tak jak radził Piotrek, ważne, aby stopniowo przyzwyczajać się do bólu. Druga próba była udana, poziom wody sięgał już wyżej, gdzieś do okolic biustu. Zapomniałam jakoś o tym, że jestem z lodowatej wodzie, gdzieś w oddali dostrzegłam kolegę, przywitałam się z nim, zaczepiałam Pana fotografa z prośbą o zdjęcie 🙂 Podczas powrotu do domu miałam problem z rozgrzaniem dłoni i stóp oraz czułam się senna. A poza tym jestem bogatsza o kolejne doświadczenia i wiem, że dzisiejszy wypad do Kiekrza nie będzie ostatni.