Za kilka chwil pożegnamy rok 2015. Może to tylko liczby, umowne daty, ale skłaniają do podsumowań, planów, czy postanowień. Nowy Rok to taki większy poniedziałek. Znacie to pewnie doskonale: od poniedziałku przechodzę na dietę, nie jem słodyczy, zaczynam biegać, zapisuję się na siłownię itd., itp. Klasyk. Takie życzenia wypowiedziane w sylwestrową noc przy akompaniamencie fajerwerków, nabierają podwójnej mocy. Co wydarzy się za kilka dni, kiedy rzucimy się w wir codziennych obowiązków, to już odrębna kwestia. Noworoczne postanowienia są ważne. Spełnione czy też nie, określają w pewien sposób nasze życiowe priorytety.

Nowy Rok to dobra okazja do uporządkowania głowy, myśli, do jasnego sprecyzowania celów. Nowy Rok, niczym tabula rasa, daje nam nowe możliwości i szanse. Czy odpowiednio je wykorzystamy i nie zaprzepaścimy, to już nasza w tym głowa.

12 miesięcy. 365 dni, każdy z nich inny, a jednocześnie podobny do minionego i następnego. Śmiech, łzy, zadowolenie, smutek, samorealizacja, akceptacja, przygnębienie, zwątpienie, optymizm, dobro, miłość, przyjaźń, nienawiść… To wszystko, w proporcjach znanych tylko nam, było, minęło. I daje nadzieję na lepsze jutro.

Któryś rok z rzędu, gdzieś pomiędzy sprawami ważnymi, a ważniejszymi, jest sport. Bieganie. Pojawiło się kilka lat temu, przez przypadek. Właśnie jako jedno z tych cicho wypowiedzianych postanowień. Cel został osiągnięty, pasja została do dziś.

Czy 2015 był dobrym biegowym rokiem? Raczej nie. W pierwszej połowie roku większość treningów odbywała się “na siłę”. Czasem chciało mi się ryczeć z bezsilności. Wychodziłam pobiegać, kilka pierwszych kilometrów biegło się całkiem dobrze, potem robiło mi się słabo. Truchtałam, ale nie przynosiło mi to żadnej radości. Bieganie stało się mało przyjemny nawykiem, przykrym obowiązkiem. Przecież biegam od kilku lat i tak trzeba. Bezsensu. Serce chciało biegać, nogi niekoniecznie. W kalendarzu miałam zaplanowanych kilka startów, jednak zamiast zbliżać się rekordów życiowych, sukcesywnie się od nich oddalałam.

W międzyczasie wyjęłam rower z piwnicy. Regularnie zaczęłam na nim dojeżdżać do pracy, poza tym dodatkowo organizowaliśmy z Damianem wycieczki weekendowe. Bieganie zeszło na dalszy plan. Wyjeździłam setki kilometrów na dwóch kółkach, głowa trochę odpoczęła od biegowych treningów.

Jak mówi przysłowie, stara miłość nie rdzewieje. Przekonałam się o tym na własnej skórze, podczas letnich wypadów w góry. W lipcu pojechaliśmy z Damianem do Karpacza, w sierpniu startowaliśmy w Chudym Wawrzyńcu w Beskidach. Zaskoczyłam się pozytywnie, okazało się, że moja forma nie była najgorsza. Kręcenie kilometrów na rowerze nie poszło w las.

Pomału i dość niepewnie zaczęłam uczyć się biegać w górach. Jak dobrze, że obok był Damian. Z moim początkowym podejściem nigdy nie odważyłabym się wystartować w biegu ultra w górach. Wizja, że zabije się na zbiegu prześladowała mnie naprawdę długo 🙂

Może to zabrzmi patetycznie, ale góry dały mi moc. Bieganie w górach to inna bajka niż ściganie się na asfalcie (które swoją drogą bardzo lubię). Podczas kilkugodzinnych wycieczek różne myśli plączą się w głowie. Gdzieś pomiędzy mozolną wspinaczką na szczyt, a zbiegiem urwistym zboczem, pogodziłam się z bieganiem. Zrozumiałam, że w mojej słabości nie było nic złego. Że nie da się zawsze na maksa, na 100%, do granic…Że czasem trzeba odpuścić, przestać na siebie tak głośno krzyczeć. Zrobić 3 kroki w tył, by za chwilę móc wykonać 5 do przodu.

Ostatnie tygodnie 2015 roku przepracowałam solidnie. Czuję, że pomału wracam na właściwe tory. Obok biegania są też ćwiczenia siłowe i rozciąganie. Wiem, że rok 2016 będzie dobry 🙂 Mam cele, plany, marzenia. I co najważniejsze, motywację. W bieganiu nie ma drogi na skróty. Jeśli chcemy poprawić formę, musimy ciężko pracować. Nie ma nic za darmo, dobre wyniki na zawodach nie spadają z nieba.

Oczywiście nie każdy trening to wysyp biegowych endorfin i szczęścia. Czasem normalnie, po ludzku nie chce mi się. Nie jest to może proste, ale trzeba wiedzieć kiedy odpuścić na chwilę, a kiedy mimo wszystko spiąć 4 litery i iść na trening. Trzeba obserwować swój organizm, dbać o siebie.

Rok 2015 to dwa ważne wydarzenia biegowe: mój pierwszy bieg ultra w górach (53 km) oraz powstanie bloga. Pomysł na taki projekt był już dawno temu, ale jakoś brakowało mi odwagi. Blog był prezentem od Damiana. Pewnego dnia po prostu wykupił domenę. A, że tworzeniem stron zajmuje się zawodowo, założenie bloga poszło zatem bardzo sprawnie. W początkowej fazie blogobieganiu.com miałam prowadzić sama. Jednak to przecież dzięki bieganiu poznaliśmy się, połączyła nas pasja, biegamy razem, startujemy w tych samych zawodach. Blog jest zatem naszym wspólnym dzieckiem 🙂

Dziękujemy, że jesteście z nami! Życzymy Wam wszystkiego najpiękniejszego w Nowym Roku. Biegajcie w zdrowiu, spełniajcie swoje marzenia, bądźcie szczęśliwi.

Do zobaczenia na ścieżkach biegowych w 2016 roku 🙂 

Do zdjęcia w tle zostały wykorzystane między innymi materiały autorstwa Tomasza Szwajkowskiego oraz Grzegorza Krykwińskiego