Przez ostatni czas zdążyłem się już oswoić z formułą biegów na orientację. Jesienią brałem udział w dłuższych rajdach (Trudy, Nocny Marek).

Przez okres zimowy staram się regularnie uczestniczyć w zawodach z cyklu Poznaj Poznań Nocą – ostatnio nawet zająłem 15 miejsce. Można powiedzieć, że osiągnąłem już pierwszy stopień wtajemniczenia (zaczynałem grzejąc końcówki tabeli na kampusie Morasko). Dzisiaj wziąłem udział w pierwszym biegu w ramach Grand Prix Poznania w BnO. Wyścig ten okazał się dużo trudniejszy niż myślałem, a moje skromne doświadczenie okazało się niewystarczające.

Trasa wytyczona była w lasach Kobylego Pola. Okolica dobrze znana wszystkim biegaczom, którzy czasem opuszczają tysiąckrotnie udeptane maltańskie ścieżki, zapuszczając się w gęstwinę. Do zaliczenia miałem 22 punty kontrolne. Odległość między nimi w lini prostej wynosiła 8,9 km. Wydaję się niewiele, jednak warunki panujące w terenie znacznie utrudniały zadanie. Zimowa aura władała niepodzielnie tamtejszym światem, a jej rządy były okrutne. Natychmiastowa kara spotykała zbyt zuchwałych biegaczy, leśna pani sprowadzała ich na ziemię (i to dosłownie 🙂 ).

Zacząłem dość mocno. Pierwsze punkty nie stanowiły problemu. Niestety straciłem jeden ze swoich głównych atutów. W BnO bardzo często nadrabiam bieganiem, nie nawigacją. Niestety wszystkie ścieżki były doszczętnie oblodzone. Nie miałem raków, więc bieganie po nich, było raczej kiepską parodią tego sportu. Lepiej szło przemieszczanie się na krechę, niestety las był dość gęsty. Nie liczę ile razy dostałem gałęzią/konarem/badylem po twarzy.

My precious!

Wszystkie te niedogodności przekładały się z czasem na coraz większą irytację, bardzo obniżyły morale. Skutkiem tego było zgubienie orientacji gdzieś w okolicach 9 punktu. Gdy już się odnalazłem, byłem bardzo nie tam gdzie powinienem. Chwilę potem zaliczyłem pierwszy bezpośredni kontakt z Cybiną, pękł lód i trochę zamoczyłem pantofle, znalazłem jednak powalony pień i wykorzystałem to niepewne przejście. Wkrótce znowu musiałem przeprawić się z powrotem przez ten sam pień. No i właśnie. Kompas kciukowy zahaczył o gałąź, zsunął się z palca i wpadł do rzeki 🙂 Balansując na pniu schyliłem się po niego i w tej właśnie chwili zanurzył się doszczętnie i powędrował na dno. Nie będę przytaczał słów, które wtedy powiedziałem. Szybko uklęknąłem na lodzie i zacząłem poławianie (oczywiście ręką na której miałem też chip oraz zegarek – dobrze, że ich też nie zgubiłem). Kilka prób i wyciągnąłem moją zgubę, wraz ze sporą warstwą rzecznego mułu. Ręką mokra do barku, czułem się jak poławiacz pereł albo jak Déagol kiedy znalazł pierścień 🙂

W tym momencie moja irytacja osiągnęła punkt kulminacyjny. Przestałem myśleć o czasie – zbyt wiele rzeczy poszło nie tak. Postanowiłem już tylko dobrze się bawić oraz ukończyć zawody cały i zdrowy.

Nie był to mój najlepszy występ. Mogę nawet powiedzieć, że jeden z gorszych. Zrobiłem ponad 14 km, w czasie 1:50h. Nie wiem jak wypadam na tle innych zawodników, czekam na wyniki. Skoro było już tak źle, teraz może być już tylko lepiej!