Prolog

Decyzję o starcie w Gorce Ultra Trail podjęliśmy już wczesną wiosną. Miał być jednym z ważniejszych wydarzeń biegowych roku 2016. Zwłaszcza dla Damiana. Czekała go 80 kilometrowa, górska poniewierka. Asia nieco mniej odważnie, bo “tylko” 43 kilometry. Pod koniec maja mieliśmy mały przedsmak Gorców podczas Karkonoskiego Festiwalu Biegowego (klik). Odpoczęliśmy nieco po Chojniku, aby w czerwcu i w lipcu z pozytywnym nastawieniem trenować pod GUT.

Trening

No właśnie – jak wyglądał nasz trening?

Asia:

Postawiłam przede wszystkim na objętość i regularne treningi biegowe – 4 jednostki w tygodniu. Najczęściej luźne biegi po lesie, czasem interwały. Długie wybiegania oscylowały w granicach 20-27 km. Do tego jeden lub dwa treningi siłowe – body pump. Pomiędzy tym trochę rozciągania i rolowania. Z większych rowerowych wycieczek zrezygnowałam, na rowerze jeździłam tylko do pracy i na siłownię (do pracy mam 4 km, na siłownię 3 km). Mój trening przygotowujący do górskiego maratonu, wyglądał bardzo podobnie jak w przypadku treningów do maratonów ulicznych. Bieganie w górach pozostaje dla mnie jeszcze cały czas zabawą. Dość nieprzewidywalną. Bardzo trudno określić tempo jakim będę się poruszała. Plany są drastycznie weryfikowane przez kolejne podejścia. Oczywiście podczas biegu daję z siebie 100%, inaczej chyba nie potrafię. Przez 2 miesiące udało mi się utrzymać tygodniowy kilometraż na poziomie 50-60 km. Mało czy dużo, kwestia dyskusyjna – dla mnie wystarczająco. Przyznam, że na początku sierpnia dopadł mnie mały kryzys. Czułam się zmęczona, po powrocie z pracy marzyłam tylko o drzemce. Biegałam “bo trzeba”. Ostatecznie 2 treningi biegowe odpuściłam i wybrałam w zamian odpoczynek. Z perspektywy czasu wiem, że podjęłam wówczas dobrą decyzję.

Damian:

Mój trening w ostatnim czasie stał się dość systematyczny. Wcześniej moje bieganie miało charakter sinusoidalny. Zaliczałem zrywy pod tytułem “od teraz będę biegał codziennie, na pewno dam radę”. Dawałem radę. Przez 2 tygodnie. Zimą bywało, że zrobiłem nawet 30 km. W miesiącu. Od lutego 2016 układaniem mojego planu zajmuje się Paweł. Nie ma teraz miejsca na samowolkę lub zbytnie lenistwo. Od tego czasu nie opuściłem żadnego zaplanowanego treningu. Z tylko jednego wróciłem wcześniej – było mi słabo. Po poznańskim półmaratonie dałem sobie chwile wytchnienia i obrałem kurs na Gorce.

Jeśli chodzi o moje ultradoświadczenie, to 2 razy brałem udział w Chudym Wawrzyńcu na dystansie 53 km. Pamiętam jakim szalonym pomysłem wydawał mi się ten dystans, w momencie wypełniania formularza zgłoszeniowego. Pewien czas upłynął, a ja chciałem przesunąć granicę swoich możliwości jeszcze dalej. Do miejsc, których mój umysł nie jest w stanie ogarnąć. 80 km siedziało głęboko w nim. Delikatnie, ale miarowo uderzało w skorupkę, aby w końcu ją rozbić. Dodatkowo po spalonym starcie w Chojnik Maraton czułem niedosyt. Musiałem wyjaśnić sobie kilka rzeczy. 80 km – wspaniały cel. Jednak nie chciałem tylko dowlec się do mety. Chciałem udowodnić sobie, że stać mnie na więcej, że potrafię walczyć.

Przygotowania półmaratońskie stanowiły bazę. 4 treningi tygodniowo pozwoliły mojej formie systematycznie wzrastać. W maju przebiegłem 206 km, czerwiec to 177 km (w międzyczasie pojawiło się lekkie roztrenowanie). Lipiec był gorący. Zamknął się wynikiem 321 km. Bieganie piętnastek stało się codziennością, dwie dwudziestki w weekend nie były niczym niespotykanym. Trzeba zaznaczyć, że nie zamulałem się przy tym monotonnym tempem. Bardzo często długie biegi przeprowadzałem w formie fartlek’u. Kilometry leciały jak szalone. Zadbałem dodatkowo o rozciąganie i rolowanie. Dwa tygodnie przed Gorcami, zaliczyłem wycieczkę biegową w Kołobrzegu na dystansie 45 km. Zabolało, oj bardzo zabolało. Jeśli po nieco ponad połowie mam się tak czuć, to nie wiem czy ten start to dobry pomysł, pomyślałem. Jednak już kilka dni po tym treningu, czułem że nogi stają się coraz lżejsze. Dobry znak. Pozostało tylko czekać.

Organizacyjno – logistyczny chaos

Moglibyśmy napisać oddzielny post pt. “co zrobić, aby zafundować sobie dodatkowy stres przed zawodami”. Biegamy już kilka dobrych lat, na naszym koncie sporo mniej lub bardziej ważnych zawodów. Jednak musimy się jeszcze trochę nauczyć w kwestii organizacji przedwyjazdowej/startowej. W teorii niby wszystko wiemy, ale… no właśnie. Mogłoby się wydawać, że rady typu “dzień wcześniej uszykuj ubranie w którym będziesz biegł” są banalne i oczywiste. Poniżej przedstawiamy Wam krótką listę rzeczy ważnych i bardzo ważnych. My ją drukujemy i wieszamy w kuchni na lodówce!

  • Sprawdź ile dokładnie czasu potrzebujesz na dojazd do miejsca docelowego. Jeśli wybierasz się na bieg do miasta oddalonego o kilkaset km od Twojej miejscowości, w miarę możliwości jedź dwa dni wcześniej. Start biegu był w sobotę o 5 nad ranem. Z Poznania wyjechaliśmy w piątek około 9.00, do Frydmana (tu mieliśmy kwaterę) dotarliśmy grubo po 17.00. Trzeba było rozpakować się, pójść na zakupy, odebrać pakiety. Biuro zawodów oddalone było około 20 km od naszej bazy, niby nie dużo, ale jakoś zapomnieliśmy o tym, że drogi łączące małe, górskie wioski są wąskie i kręte.

  • Kolacja dzień przed startem to rzecz święta! W biurze zawodów pojawiliśmy się przed 20.00, odebraliśmy pakiety i udaliśmy się na odprawę. Zbliżała się już 21.00 i zdaliśmy sobie sprawę, że trzeba zjeść kolację! Sprawdzony pomysł na posiłek to pizza. Węgle zostały uzupełnione, pizza duża i smaczna, zapita przed snem zimnym piwkiem… Po przebudzeniu o 3:00 w nocy czuliśmy się jak dwójka obżartych…na pewno nie biegaczy! Ostatnią rzeczą o której wówczas myśleliśmy było śniadanie. Zatem ważne nie tylko co jemy, ale i o której godzinie. Dajmy naszym żołądkom czas na strawienie.

  • Numer startowy, ubrania, buty, plecak, jedzenie – wszystko! Przygotujcie dzień przed. Rano każdy jest wystarczająco poddenerwowany biegiem i naprawdę nie ma sensu fundować sobie dodatkowego stresu podczas poszukiwania ulubionych skarpet czy koszulki. Wszystko, począwszy od majtek na butach kończąc, warto uszykować dzień wcześniej. My wieczorem wróciliśmy na tyle późno, że stwierdziliśmy, że nie chce nam się tego teraz ogarniać i zajmiemy się tym rano. Biorąc pod uwagę, że należało przygotować również plecaki, bukłak, izotonik i jedzenie na bieg, nie była to zbyt mądra decyzja.

  • Pobudka Ustawiając budzik sprawdź dokładnie ile czasu zajmie Ci dojazd na start, śniadanie, toaleta…I dodaj do tego kilkadziesiąt minut na zapas w przypadku jakiś nieplanowanych sytuacji. My tak sprytnie wszystko obliczyliśmy, że na starcie pojawiliśmy się o 4.50. Przypomnę, że bieg startował o 5.00. Nasze szczęście, że na parkingu nieopodal znalazło się wolne miejsce.

Stanęliśmy na starcie biegu i zgodnie stwierdziliśmy – będzie co ma być! A jak było, o tym w drugiej części 🙂