Ogień jest we mnie, czyli Gorce Ultra Trail

…stanęliśmy na starcie biegu i zgodnie stwierdziliśmy – będzie co ma być!

Pierwsze kilometry prowadziły główną drogą w Ochotnicy. 5 km po asfalcie, lekko z górki. Idealne warunki do szybkiego biegu. Nie dzisiaj. Zaczęliśmy spokojnie, nie za szybko, nie za wolno, po prostu w sam raz. Niebo przywitało nas szarością. Jednak z każdą minutą paleta barw przesuwała się w stronę jaśniejszych kolorów. Nie do końca jeszcze rozbudzeni, poruszaliśmy się w wężyku podobnych nam pasjonatów wstawania o świcie.


Oboje czuliśmy się jak duże afrykańskie zwierzęta. Żołądki cały czas trawiły zjedzoną kilka godzin temu kolację. Zbyt późno dotarliśmy na miejsce naszego noclegu. Wszelkie późniejsze przygotowania uległy przesunięciu. Jeszcze dwie godziny temu siedziałem na łóżku i rozpuszczałem izotonik. Kiepska logistyka i pośpiech tylko potęgowały przedstartowy stres. Na domiar złego nie udało się odwiedzić toalety. Okolice 5 nad ranem to jednak nie moja godzina.


Na szczęście nasze nogi były znacznie lepiej przygotowane niż my sami. Nie stawiały większego oporu. Moje nowe Inov-8 charakterystycznie “poklapywały” na asfaltowym podłożu. Zupełnie jakby chciały powiedzieć “zabierz nas stąd!”. “Jeszcze tylko kawałek” – odpowiedziałem w myślach.


Nachylenie terenu sprawiało, że siła grawitacji pchała mnie do przodu. Uznałem, że nie ma sensu zbytnio zwalniać. Asia chciała biec troszkę rozważniej. Mimo, iż rozejście tras znajdowało się dopiero na 32 km, pożegnaliśmy się już teraz. Życzyliśmy sobie powodzenia i każdy pobiegł w tę samą stronę, tylko z różną prędkością. To tyle jeśli chodzi o partnerstwo biegowe.

Jak sobie pościelesz, tak się wyśpisz


Koniec asfaltowej drogi był również początkiem długiego (ok. 6km) i stromego (prawie 800m różnicy) podejścia na Lubań. Wbiegłem kawałeczek i przeszedłem do energicznego marszu. Kilka poprzednich biegów w górach nauczyło mnie, że nie jestem w stanie biec przy takich pochyłościach. A już na pewno nie podczas debiutu na tak długim dystansie. Krok za krokiem wspinałem się wyżej. Wyprzedzali mnie coraz to nowi zawodnicy. Zdążyłem już przywyknąć. Dużo tracę na podejściach i aktualnie nie mam na to rozwiązania. Jeszcze będę miał swoje 5 minut.


A tymczasem swoje 5 minut, miał mój żołądek. Wczoraj zapewniłem mu niezłą karuzelę, stres, pośpiech, nieregularne posiłki. On odwdzięczył się tym samym. Postanowiłem na razie nie obciążać go nadmiernie, wiedziałem, że po grubej kolacji jestem w stanie przebiec co najmniej 20 km. Było to pewne ryzyko, jedzenie w ultra jest bardzo ważnym, jak nie najważniejszym aspektem. Postawiłem na szali swoją późniejszą dyspozycję. Z drugiej strony, jeśli próby wciskania w siebie jedzenia na siłę skończyłyby się np. wymiotami, byłoby jeszcze gorzej. Dostarczałem jakąś minimalną dawkę węglowodanów wraz z izotonikiem. Postanowiłem utrzymać taki stan, aż do pierwszego punktu odżywczego na 25 km. A wtedy zaleje się colą. Jest dobra do odrdzewiania, będzie dobra i dla mnie. Zbieg z Lubania był stosunkowo łagodny, dało się żwawo polecieć. Kilometry upływały niepostrzeżenie. Moje myśli krążyły wokół słodko-kwaśnego czarnego wybawienia w czerwonej puszce.


Samotny wilk


Bardzo szybko miałem okazję doświadczyć samotności długodystansowca. Do wieży widokowej na Lubaniu poruszaliśmy się w mniejszych lub większych grupkach. Wiele taki grup było również widać z przodu. Po zdobyciu szczytu na 12 km szlaki niespodziewanie się przerzedziły. Przez znakomitą większość czasu byłem sam. Nie żebym narzekał. Odpowiadał mi ten stan. Droga przede mną wiła się łagodnymi zakosami, zachęcała do szybkiego i beztroskiego zbiegu konsekwentnym spadkiem wysokości. Tylko czasami prowadziła łagodnie pod górę, jakby chciała chociaż na chwilę zaznaczyć swoją obecność. Szybko jednak dawała za wygraną. Niosła mnie w dół tak łagodnie i naturalnie, jak górskie strumienie niosą wodę na niziny.


Promienie porannego słońca przedzierały się przez listowie, malując na piasku żywy obraz złożony ze światła i cienia. Kilka banalnych rzeczy składających się w niebanalną całość. Idealne zespolenie z naturą, medytacja, haj, nirwana nie umiem powiedzieć. Na pewno jeden z najlepszych momentów tej przygody.


Kamień z serca


Wreszcie Przełęcz Knurowska, pierwsza okazja żeby chwile odsapnąć. Na punkcie przywitały mnie oklaski i gra zespołu w strojach ludowych. Uśmiechnięte mordki wolontariuszy podnosiły na duchu. Chciałoby się zostać na dłużej. Zalałem Pana Żołądka Marudę colą z puszki. Nie był zadowolony. Dobiłem go jeszcze Marsem, no bo bez przesady :) Może się buntować, ale mamy tu robotę do wykonania, czy mu się to podoba czy nie. Założyłem plecak i powoli potruchtałem. Nie podobało mu się. Czułem jak cola zaczyna przewracać moje flaki. Wiedziałem już co się święci. Ubiegłem jeszcze 500m. Jak dobrze, że Asia kazała mi spakować chusteczki. Jeszcze nigdy ich nie używałem w ten sposób. Zawsze musi być ten pierwszy raz. Znalazłem sobie fajne miejsce z dobrym widokiem. Mało tego, znalazłem nawet coś na kształt poręczy. Mogłem się jej chwycić, żeby lepiej kontrolować sytuację.


Kamień z serca! Przez 15 minut nie przesunąłem się do przodu. Ale nie był to czas stracony. Był to czas, który uczynił mnie nowym, lżejszym człowiekiem. Morale się podniosły, biegło się lżej. Żołądek jednak całkowicie nie odpuścił. Miałem się z nim zmagać prawie do samego końca. Jadłem tyle, ile dałem radę. Miałem tylko nadzieję, że to wystarczy.


W lewo czy w prawo?


Szybko dotarłem do 32 km, czyli miejsca ostatecznej decyzji. 43 czy 80? Nie byłem pewien czy mój układ pokarmowy nie zmusi mnie do zejścia z trasy. Jednak w tamtym momencie czułem się w miarę dobrze. Jeśli zjechałbym na prawy pas, przekreśliłbym sens swojego ciężkiego treningu. Skrócenie sobie drogi uliczką “maratońską” byłoby dla mnie równoznaczne z porażką. Nie mogłem sobie tego zrobić. Wybór choć jeszcze przerażający swoją wagą, mógł być tylko jeden.


Niedługo potem mijałem już schronisko pod Turbaczem. Podczas zdobywania samego szczytu, mój umysł ciągle przekręcał w głowie jego nazwę na Turban. Cały czas się zastanawiałem, czy jego wygląd ma coś wspólnego z tym wschodnim nakryciem głowy. Doszedłem na samą górę, moim oczom ukazała się tablica informacyjna oraz kilka ławeczek. Nie było jednak czasu ani na badanie etymologii nazwy tego miejsca, ani na sprawdzanie wygody siedzisk. Poleciałem dalej.


Dantejskie sceny


Zbiegi to dla mnie zazwyczaj jeden z lepszych momentów w biegach górskich. Niestety nie ten. Zejście z Turbacza było dość strome i kamieniste. Nie mogłem biec tak jakbym chciał. Dodatkowo moje stopy były już dość podrażnione. Obtarcia stawały się coraz bardziej odczuwalne. Co jakiś czas ostre kamienie wbijały się w podeszwę, powodując ukłucie bólu. Można powiedzieć, że to nic niezwykłego na górskim szlaku. Jednak w mojej głowie powoli zaczął rodzić się kryzys. Jestem w połowie drogi, na zbiegu powinienem nadrobić stracony czas, a jest coraz gorzej! Jak tak dalej pójdzie to będę walczył z limitem. Przepuszczałem przed siebie kolejnych zawodników. W międzyczasie wcisnąłem w siebie jakiś żel i bułkę z serkiem topionym. Pod tym względem dalej czułem się jakbym dostał choroby morskiej. I wszędzie te przeklęte kamienie! Czy to kraina kamieniarzy? Czy ktoś je tu w nocy przynosił i wysypywał na szlak, wybierając tylko te najostrzejsze? Miałem ochotę rzucić się na ziemię i stłuc je wszystkie w drobny mak. Niestety, mogłem sobie pozwolić tylko na artykulację mojej wściekłości i irytacji, co też często robiłem. Ślimaczym tempem opuściłem siódmy krąg tego kamiennego piekła. Dotarłem do punktu odżywczego w Obidowej na 44 km.


Krótki odpoczynek ukoił skołataną duszę. Uzupełniłem zapasy izotoniku, choć nie mogłem już na niego patrzeć. Cały cas ten słodko-słonawy, owocowo-chemiczny posmak w ustach. Bleeee. Ale skoro nawadnia lepiej niż woda, to lej pan do pełna. Ja za to napiłem się herbaty bez cukru. Była to miła odmiana. Do tej mieszanki dolałem jeszcze coli i trochę wody. Normalnie kociołek Panoramixa. Jako tako ogarnięty, zacząłem zbierać manatki. Hej ho, hej ho, pod górę by się szło! A raczej niech to wszystko szlag…


Mamy kryzys, kryzys, kryzys


Kolejny raz zacząłem mozolną wspinaczkę. Droga prowadziła na Kudłoń, po drodze zahaczając jednak o część Turbacza/Turbanu. Profil trasy wyglądał przerażająco. Żeby dostać się do następnego punktu kontrolnego w Rzekach, musiałem pokonać dwa szczyty, a nie jeden! Ciężko było mi wyznaczyć jakiś cel pośredni, wszystkie wydawały się paraliżująco odległe. Zacząłem się zatem zastanawiać jak idzie Asi. Minęło już sporo czasu, powinna być na mecie. Rozważania na ten temat pochłonęły moją uwagę. Powoli gramoliłem się do góry i czekałem na telefon. Jest! Usłyszałem dzwonek, mniej więcej 7 godzin od startu. Chyba nie za dobrze, nie będzie zadowolona. Żyje, jest cała i zdrowa, dobiegła jakąś godzinę temu z czasem 6:01. Super wynik! “Jak u Ciebie?” No idę sobie, jestem na 50 km. “Jak się czujesz?” No wiesz tak sobie, różowo nie jest. “Uważaj na siebie”. Nooooo. Ach te kobiety. Naprawdę myślą, że to krótkie zdanie powoduje 200% zwiększenie uwagi i rozwagi? No bo przecież wcześniej na pewno nie uważamy, chodzimy bez czapki i szalika oraz wkładamy widelec do kontaktu. Pożegnaliśmy się. Precyzyjnie obróciłem pokrętło swojej rozwagi o 360 stopni i poczłapałem dalej.


Organizator umieścił profil trasy na numerze startowym. Były tam naniesione punkty odżywcze oraz medyczne, miejsce rozejścia się tras, szczyty wraz z wysokościami oraz kilometrem trasy, na którym powinny wystąpić. Oprócz tego numer telefonu w razie potrzeby wezwania pomocy. Wszystko to, było umieszczone do góry nogami, pod samym numerem. Czyli akurat tak jak powinno wyglądać z perspektywy patrzącego w dół biegacza. Bardzo dobry pomysł! Często z tego korzystałem, chcąc się zorientować jakiego rodzaju tortury czekają mnie w najbliższym czasie. Jedna tylko uwaga, rozpiska była taka sama dla zawodników biegnących 43 i 80 km. Asi również bardzo spodobało się to rozwiązanie, lecz mogła z niego korzystać tylko do momentu rozejścia.


Ponowne podejście pod Turbacz było koszmarne. Zejście nie pozwoliło za bardzo się rozpędzić. A podejście? Szkoda gadać. Każdy metr musiałem wydzierać siłą tej przeklętej górze. Każdy kamień, o który się potykałem wysysał energię jak wampir. Prawdę mówiąc niewiele pamiętam z tego odcinka. Podążałem do przodu bez nadziei, mój umysł spowiły czarne chmury. O ile wcześniej potrafiłem się zezłościć (np. na kamienie), tak teraz popadłem w całkowite otępienie. Nie byłem już zły. Chciałem po prostu, żeby to wszystko się skończyło. Żebym mógł się położyć w miękkim łóżku i zasnąć. Albo chociaż w miękkiej trawie. Zerwałem wtedy z bieganiem, a już na pewno z bieganiem w górach. Przecież ja się do tego nie nadaję. Jestem beznadziejny. Po co to robię? Trzeba było klepać ten swój równy asfalt w mieście, a nie udawać “ultrasa”.


Kryzys rozszalał się na dobre. Nie ustąpił nawet po wejściu na pierwszy z dwóch szczytów na etapie. Nawet na stosunkowo płaskich odcinkach szedłem przez długi czas. Zmuszałem się do truchtu. Wszystko było takie trudne. Na odprawie przed biegiem organizator wspominał coś o niedźwiedziach. Czasem wydawało mi się, że je widzę. Po bokach migały mi czarno-brązowe plamy, obracałem się, one obracały się razem ze mną. Innym razem wydawało mi się, że widzę dwóch łysych osiłków przy szlaku. Chwilę potem okazało się że to dwa łyse pnie. Jakiś czas później dogoniłem jednego z zawodników. Zatrzymał się, zdjął plecak, usiadł na ziemi i zaczął w nim grzebać. O jak bardzo Ci współczuje bracie. Podniesienie się będzie cholernie trudne. Znowu kawałek w dół, a potem w górę na Kudłoń. Każda z chwil trwała nieskończenie długo, zlewała się w szarą masę bezsilności i niebytu.


Ogień jest we mnie


Minąłem przedostatni szczyt. Czekało mnie zejście w dolinę do punktu w Rzekach. Nie pamiętam kiedy dokładnie, ale w końcu nastąpiła zmiana. W najciemniejszej otchłani, kiedy wydawało się, że wszystko stracone, odnalazłem drogą. Mały promyczek nadziei, który jaśniał z każdą sekundą, aby w końcu eksplodować jasnym światłem. Jakbym ujrzał swój własny wschód słońca. Jego blask rozświetlił mroki i rozpędził burzowe chmury. Uwierzyłem w siebie. Jednocześnie byłem zły, że pozwoliłem zwątpieniu zawładnąć moim światem na tak długo. Złość okazała się dobrym paliwem. Napędzany tak bogatą mieszanką szybko dotarłem do Rzek.


Na zegarku 9 godzin i 15 minut. 17 kilometrów do mety i jeden szczyt na drodze. Jest spora szansa na zmieszczenie się w 12 godzinach. Powalczę o to, cel jest w zasięgu ręki, nastawiłem swój umysł na jego realizację. 17 km? To przecież prawie jak ostatni kilometr na “piątce”. Przy bufecie byłem tylko chwilę. Wylałem cały izotonik z bukłaka, nalałem wody. Wreszcie będę pił coś, co nie smakuje jak Domestos. Na miejscu wypiłem jeszcze dwa kubeczki coli. Jako, że od teraz aż do samego końca planowałem ostrą jazdę, postanowiłem nic nie jeść. Pożegnałem się ze wszystkimi i ruszyłem dalej.


Od punktu do podnóża Gorca prowadziła asfaltówka. Jakieś 2-3 km. No jak asfalt to wiadomo co, rura. 64 kilometr przebiegłem w średnim tempie 4:57. Byłem zdziwiony, że jestem w stanie tyle z siebie wykrzesać. Dzięki sprawnemu serwisowi w punkcie przesunąłem się do przodu o kilka miejsc. Zaczęło się podejście, a ja nie odpuszczałem. Energicznym marszem zdobywałem kolejne metry. Udało mi się nawet wyprzedzić jednego lub dwóch zawodników. W międzyczasie posiliłem się żelem z kofeiną o smaku espresso. Mmmm, całkiem, całkiem. Końcówka podejścia na Gorc była dość ciężka. Tempo spadło. Za plecami pojawił się jeden z zawodników z kijami, który już wcześniej doganiał mnie na podejściach. Razem wdrapaliśmy się na szczyt. “Teraz już cały czas z górki” usłyszałem od wolontariuszy w punkcie medycznym, przy wieży widokowej.


Nastąpił ten moment wyścigu, kiedy wiesz, że nikt i nic nie jest już w stanie Cię zatrzymać. Nieco ponad 10 km do mety oraz sporo zbiegania. Szlak prowadzący z Gorca okazał się bardzo łaskawy. Wystarczyło dać się ponieść sile grawitacji, a stopy same znajdowały dla siebie miejsce. Niestety nie było, aż tak beztrosko. Moje mięśnie czworogłowe pracowały na granicy wytrzymałości. Mimo endorfin krążących w żyłach każdy krok wiązał się z bólem. Starałem się nie hamować, ale nie zawsze się to udawało. Czasem duże nachylenie szlaku mnie do tego zmuszało, a wtedy “czwórki” płonęły żywym ogniem. Robiłem sobie kilku-sekundowe przerwy na marsz. Mniej więcej 6 km od mety poczułem, że robi mi się słabo. W ferworze walki zapomniałem o jedzeniu. Zatrzymałem się i wciągnąłem kolejny żel z kofeiną. Dałem sobie jeszcze chwilę wytchnienia i ruszyłem w szaleńczy wyścig z czasem. 12 godzin. Zdążę czy nie? Niby mam jakieś 10 minut zapasu, ale nigdy nie wiadomo co się wydarzy na trasie. Po za tym dystans może wynieść 81, a nawet 82 km. Nie byłoby to coś niespotykanego. A wtedy 10 minut zapasu może okazać się niewystarczające.


Nie mogę teraz odpuścić. Balansując na granicy świadomości, zmuszam się do napierania. Mijam człowieka, może wolontariusza, a może kogoś z organizatorów. “Już blisko” mówi, kiwam głową bez entuzjazmu. Tak! Widać asfaltową drogę, to musi być Ochotnica. Ostatni kawałeczek zbiegu. Patrzę na zegarek, tempo dochodzi do 3:00/km, na puls nie patrzę bo kogo by to teraz interesowało. Mam wrażenie, że mój umysł znajduje się gdzieś daleko poza ciałem. Emocje przenikają się wzajemnie. Ból był już tak oczywisty, że przestał być czymś na co zwraca się uwagę. Został tylko malutkim punkcikiem na horyzoncie, aż w końcu całkowicie zniknął. Wszystko to, co wydarzyło się wcześniej przestaje mieć znaczenie. Dzisiejszy poranek to niemal prehistoria. Biegnę. Krok za krokiem. Jeszcze kawałek. Czuję zbliżający się koniec, tak długo na to czekałem! Teraz już nie tylko czuję, ale widzę i słyszę. Meta. Przebiegam przez jej linię.


To już koniec. Zatrzymuje się. Coś mokrego spływa mi po policzku. Na pewno pot zalał mi oczy. Asia podbiega do mnie, wtulam się w jej ramiona. Tyle godzin na mnie czekała. Czuję się jednocześnie szczęśliwy i smutny. To nie pot, chce mi się płakać. Ze zmęczenia? Ze szczęścia? Nie wiem. Piszę te słowa niemal 3 tygodnie później, a mimo to, kiedy przywołuje w pamięci ten obraz, kąciki moich oczu stają się mokre.


Tak oto, przeżyłem najpiękniejszą przygodę w swoim życiu!


PS.


Była to pierwsza edycja biegu Gorce Ultra Trail. Zawodnicy mogli wybrać pomiędzy trzema dystansami: 20km 965m+/- 43km 1720m+/-  oraz 80km 3240m+/-. Trochę obawialiśmy się jak to będzie. Nie wiadomo czego się spodziewać. Czy trasa będzie dobrze oznaczona? Czy punkty będą odpowiednio wyposażone? Nasze obawy okazały się niesłuszne. Organizatorzy spisali się na medal, a cała impreza miała fantastyczny klimat. Szczerze polecamy Wam Gorce!