Bywają takie starty o których chcę zapomnieć jak najszybciej. Medal, który stał się symbolem porażki, wrzucam głęboko do szafy. Jestem na siebie, łagodnie rzecz ujmując, wkurzona. Myślę sobie: to tylko bieg, będą kolejne. To tylko minuty i sekundy, które tworzą mniej lub bardziej przypadkowy wynik na mecie. Kogo to w zasadzie interesuje?

13. Maniacka Dziesiątka. Co poszło nie tak, nie wiem. Już na samym początku biegu złapała mnie kolka, co nie było dobrą wróżbą. W głowie milion myśli, ale szybko orientuję się, że większość negatywnych. Wola walki gdzieś wyparowała, już nawet nie próbuję żadnych sprytnych sztuczek pt. wizualizacja mety itd. Chrzanić to. Biegnę, każdy kilometr staję się dłuższy od poprzedniego. Przestałam już spoglądać na zegarek. Wyprzedzający mnie biegacze są wystarczającym dowodem na to, że słabnę. Nawet ostatni kilometr i meta w zasięgu wzroku nie robi na mnie wrażenia. Moje nogi nie chcą przyspieszyć, a szkoda, szybciej zakończyłabym to żałosne przedstawienie.

Meta. Czas netto 00:46:50. Łapię oddech, ktoś wiesza mi na szyi ten przeklęty medal. Ktoś powie, że czas całkiem dobry, że marudzę wymyślam. Czas jest poprawny. Mogło być gorzej, ale mogło (miało być) lepiej. Moja życiówka na dychę jest o ponad 2 minuty lepsza, zatem chyba zrozumiałe, że osiągnięty rezultat nie cieszy. Nie trenuję od wczoraj i wiem, że bieganie jest przewrotne i uczy pokory. Rzetelny trening i super przygotowanie nie zawsze przekłada się na satysfakcjonujący wynik podczas zawodów. Co nie oznacza, że dobrej formy nie ma. Przerabiałam to już milion razy. I dzięki temu wiem, że pomimo porażki trzeba iść dalej. W niepowodzeniu odnaleźć motywację. Nie skupiać się na pojedynczych zawodach, a czerpać satysfakcję z konkretnych, dobrze wykonanych treningów. Droga do sukcesu bywa kręta, czasem któryś z jej odcinków jest w przebudowie i musimy wybrać alternatywną, dłuższą trasę :). Wiem, że zwycięstwo to tylko kwestia czasu. Chwila odpoczynku i trenuję dalej! 🙂