"Co Ty tutaj robisz...", czyli 12. Półmaraton Warszawski

Półmaraton Warszawski miał być najważniejszym startem wiosny. To właśnie do tego biegu przygotowywałam się od początku stycznia. To właśnie tam miałam walczyć o swoją “życiówkę”. Ostatecznie wszystko poszło zgodnie z planem, życiówka poprawiona o nieco ponad pół minuty. Jest dobrze, w bieganiu przecież liczy się każda sekunda. Od kilku dni próbuję napisać dla Was kilka zdań o samym biegu i uwierzcie, jakoś nie potrafię dobrać odpowiednich słów. To był dziwny bieg. Tak, to jest właściwe słowo: dziwny.


Na kilkanaście minut przed startem czuję się jakby ktoś, wbrew mojej woli, teleportował mnie w to miejsce. W miejsce pełne rozentuzjowanych biegaczy. Tysiące nieznanych twarzy, niepewne spojrzenia, nerwowe uśmiechy, pospieszne wymiany zdań z przypadkowo spotkanymi osobami. I ja. Zmarznięta. Podczas “rozgrzewki” przebiegam 600 metrów, po czym czmycham do najbliższego hotelu grzać tyłek. Pełen profesjonalizm. Jadąc do Warszawy nie zabraliśmy ze sobą żadnej grubszej kurtki. Miałam tylko bluzę, która niestety była o wiele za cienka na 3 stopnie i zimny wiatr.

Ustawiam się w swojej strefie czasowej. W ostatniej chwili, bo 5 minut przed startem, decyduję się jeszcze na wizytę w toi-toiu. Bieg oficjalnie startuje o godzinie 10.00, ale wiem, że będą “puszczać” nas falami, zatem powinnam zdążyć. Gdzieś w tle słyszę “Sen o Warszawie” tj. oficjalny hymn rozpoczynający półmaraton, potem odliczanie spikera 3,2,1…start. Jakby nie patrzeć dość wzniosły moment, a ja w WC :). Robię co trzeba i ponownie wbijam się w tłum, który małymi krokami sunie w kierunku startu.

Pomimo tłoku podczas pierwszych kilkuset metrów, szybko udaje mi się wskoczyć we własny rytm. Biegnę dość równo, założonym tempem między 4.45/4.50 min/km. Jest idealnie. Przede mną cały czas biegnie pacemaker wraz ze swoją grupą na czas 1:45. Wystartowałam niemalże równo z nimi i wiem, że ich tempo jest póki co na pewno szybsze niż 4.59 min/km. Nie szaleję i trzymam się kilka kroków za nimi, choć kusi mnie, aby ich wyprzedzić. Była to dość spora, głośna grupa, a ja podczas biegu potrzebuję nieco spokoju i wyciszenia. Także sami rozumiecie :). W każdym razie do 5 km było dobrze. Niestety 6 km wyprowadza mnie kompletnie z równowagi. Wbiegamy na teren parku Agrykola. Wąskie alejki zostały dosłownie zakorkowane przez biegaczy, wspomniana grupa na 1:45 postanawia zwolnić… Patrzę na zegarek, tempo spadło do 5:10 min/km. Świetnie. Paradoksalnie kilometr ten jest dla mnie najbardziej męczący, mnóstwo energii tracę podczas wymijania innych biegaczy. Wtedy po raz pierwszy pomyślałam sobie, że już pozamiatane, że nie uda mi się przyspieszyć i będzie to kolejny spalony start. Na szczęście we właściwym momencie budzi się we mnie duch walki. Mruczę coś pod nosem, trochę przeklinam i lecę dalej. Przecież nie po to trenowałam tyle tygodni, by teraz tak łatwo się poddać. Tak bardzo skupiam się na utrzymaniu odpowiedniego tempa, że nie wiem co dzieje się wokół mnie. Nie pamiętam trasy i kibiców. Mimowolnie odłączyłam się od rzeczywistości.  Około 10 i 15 km jem żele i czekam na podbieg na 17 km (to był jedyny znany mi fragment trasy).

17 kilometr biegnę o kilka sekund wolniej niż poprzednie, ale tempo 4:58 min/km cały czas jest dla mnie zadowalające. 18 kilometr: biorę głęboki oddech, patrzę na zegarek i wiem że jest bardzo dobrze. Na metę powinnam wbiec z czasem 1:42:xx. Finisz za 3 km, dam radę. Niestety moje nogi niespodziewanie postanawiają się zbuntować i zamienić w ołowiane kołki. To jest moje być albo nie być. Jeszcze kilka lat temu w podobnym momencie pewnie odpuściłabym i poddała się. Boli, naprawdę boli. Chyba pierwszy raz (!) wyszłam, na własne życzenie, ze strefy komfortu. Wiem, że może to dziwnie zabrzmi, przecież biegałam już maratony i ultramaratony. Ale nigdy moja głowa nie pozwoliła mi cierpieć i móc doznać tego specyficznego bólu. Ostatnie kilometry biegnę może nieco wolniej (5:00/5:10 min/km), ale wiem, że dałam z siebie 110%. Wbiegam na metę, łapię się najbliższej barierki, zbiera mi się na wymioty. Nieistotne. Udało się. New PB 1:43:13.