Ja wiedziałem, że tak będzie

12. PZU Półmaraton Warszawski. Wiedziałem, że się nie uda. Początek tego wpisu mógłby być równie dobrze jego końcem. O czym tu pisać? Spróbuję jednak.

Wbiegam na metę, zegar pokazuje 1 godzinę, 35 minut i ileś tam pieprzonych, mało istotnych sekund. Speakerzy radosnym głosem pozdrawiają zawodników. Gratulują ukończenia biegu w dobrym zdrowiu i rewelacyjnym czasie. Gówno prawda. Czas nie jest nawet poprawny, a samopoczucie? Czuję się totalnie zdewastowany. Serce niespokojnie wybija potępieńczą melodię wysokich dźwięków. Wiem, że jest bardzo zmęczone. Słaniając się na nogach, wolno przesuwam się do przodu w strefie mety. Łapię butelkę napoju, siadam na krawężniku. Siedzę. Patrzę bezmyślnie przed siebie. Nie jestem nawet zły. Jest mi po prostu smutno. Dlaczego? Bo wiedziałem, że tak będzie.


“Raz na wozie, raz pod wozem” mógłbyś powiedzieć czytelniku. Jasne, zgadzam się. Nie zawsze można wygrywać. W dodatku jeśli trenowałbym w kratkę, nie mógłbym mieć pretensji do nikogo oprócz siebie. Jednak całą zimę sumiennie przepracowałem. Miesiąc od startu byłem w życiowej formie. Luźne 12-nastki zdarzało mi się biegać w tempie ok. 4:30 przy tętnie 150. Podczas połówki tempo było podobne, średnie tętno wyniosło jednak ponad 180. Nie wyszło, będą następne starty – wiadomo. Mógłbym tym truizmem zakończyć ten wpis. Spróbuję jednak napisać coś jeszcze.

Sobota – dzień przed startem, była dla mnie chyba trudniejsza niż same zawody. Czarne jak burzowe chmury myśli spowiły mój umysł. Wiedziałem, że to nie będzie dobry bieg. Wiedziałem, że to będzie bieg walki. Stawką nie miał być jednak wymarzony czas czy laur zwycięstwa, ale przetrwanie. Poważnie zastanawiałem się, czy w ogóle jestem w stanie przebiec 21 km. Asia ganiła mnie za takie gadanie (bo oczywiście oprócz samego rozmyślania często artykułowałem swoje obawy). “Nigdy nie wiesz jak będzie” . No racja, nigdy nie wiadomo. Chyba, że akurat wiadomo. Bo ja wiedziałem.


3 tygodnie od startu dopadła mnie choroba. Jak w każdą sobotę poszedłem na trening. Z luźnych 12km zrobiłem tylko 7. Tempo spadało z każdą chwilą, czułem się jakbym biegł w basenie. Było mi bardzo słabo. Mimo niskiego tętna nie byłem w stanie zmusić się do wysiłku. Przestraszyłem się nie na żarty. Coś ewidentnie było ze mną nie tak. W poniedziałek miałem się udać na badania krwi. “Na szczęście” już w niedzielę wszystko stało się jasne. Ból głowy, katar, gorączka. Cały tydzień wyleciał z rozpiski treningowej. 2 tygodnie przed półmaratonem miałem zaplanowany start na 10km w Maniackiej Dziesiątce. Odpuściłem go jednak, nie czułem się na siłach i nie chciałem ryzykować.


Siedzę. Patrzę bezmyślnie przed siebie. Chyba nie wyglądam zbyt dobrze. Mijają mnie ratownicy medyczni, pytając czy wszystko w porządku. Podnoszę w górę kciuk, ale absolutnie nic nie jest w porządku. Wiedziałem, że tak będzie. Po chorobie nie zrobiłem ani jednego dobrego treningu. Albo było mi słabo, albo tętno dochodziło do absurdalnych wartości. Niektóre treningi kończyłem z zaciśniętymi z wysiłku zębami, ale prędkością prawie, że spacerową. Przez to wszystko wcale nie miałem ochoty biegać. Nie chciałem biec też w tym głupim półmaratonie. Bilety na pociąg kupione, hotel zarezerwowany, start opłacony co zrobić…


“Nastawienie to klucz do sukcesu” ktoś mógłby powiedzieć czytając moje wypociny. Oczywiście, pełna zgoda! Jak mogę osiągnąć sukces jeśli sam w niego nie wierzę?

Tego dnia w Warszawie pogoda jest paskudna. Zimny wiatr wycisnął z nas resztki ciepła i entuzjazmu. Czas się jednak ruszyć i zrobić przedstartową rozgrzewkę. Żegnam się z Asią, muszę poukładać myśli w samotności. Zaczynam rozrysowywać sobie w głowie mój modus operandi. Mam 2 opcje. Biegnę to krajoznawczo, na “zalkę”, albo walczę. Dzień wcześniej trener zasugerował mi tę pierwszą opcję. Jednak wiem, że nie mogę jej wybrać. Nie czułbym się dobrze sam ze sobą. Zatem idziemy na wojnę. Wiem, że będzie bolało, że będzie cholernie ciężko. Wiem też, że nawet jak dam z siebie wszystko to fajerwerków i tak nie będzie. Trudno. 1 godzina 30 minut. Poprawny czas. O taką życiówkę walczyłem rok temu. Plan na tę chwilę ambitny, ale wykonalny. W strefie startowej atmosfera robi się coraz bardziej gorąca. Tłumy zawodników, kibice, stewardessy z LOTu. Ogniskuje umysł na wyznaczonym celu, adrenalina zaczyna krążyć po ciele, serce przyspiesza. Jeszcze tylko “Sen o Warszawie” i start! Naprawdę wierzę, że się uda!


“Przecież nie biega się dla wyniku, tylko dla przyjemności” skomentował ktoś inny pod kolejnym postem na Facebooku opisującym czyjeś niezrealizowane sportowe marzenia. Nie cierpię tego typu wypowiedzi. Każdy robi to, co lubi. Jeden czerpie przyjemność z truchtania dwa razy w tygodniu, drugi ze zbierania znaczków, a ktoś inny z przesuwania granic wytrzymałości swojego organizmu. Proste.


Kolejny raz się nie udało. Wytrzymałem jakieś 15 km. Później odcięło mi prąd. Połknęły mnie baloniki na 1:30. To całkowicie podcięło mi skrzydła. Dodatkowo tłumy ludzi przepychających się jak najbliżej pacemakerów, tylko wzmagały moją irytację. Szkoda gadać. Podnoszę swoją psychikę z asfaltu. Na zegarku 11:45. Jeszcze chwila i powinna pojawić się Asia. Wspinam się na palcach i zaczynam skanować głowy mijających mnie zawodników w poszukiwaniu kitki i różowej opaski. O widzę! A to jednak nie ona. Speakerzy kontynuują swoje sarkastyczne komentarze na temat radości przebiegania przez metę. Nie mogę już tego słuchać. Niech ktoś im wyłączy mikrofony. Wracam do swoich rozmyślań. Trenowałem 4, czasem 5 dni w tygodniu. Nie ważne czy padało, wiało, czy akurat nie miałem chwilowo ochoty. Wszystko to po to, żeby pobiec o 3 minuty gorzej niż 3 lata temu. Rewelacja. To ja już nie biegam, dziękuje postoję.