Byle do mety, czyli GWiNT Ultra Cross

Wiedziałam, że podczas biegu pojawi się kryzys i zwątpienie. Ale, że będzie to już na pierwszych kilometrach… tego nie przewidziałam. Nogi niczym spuchnięte parówki, w głowie motywacja na najwyższym poziomie “nie dam rady, pieprzę to wszystko i schodzę z trasy”. Ostatecznie przekraczam linię mety.


Kilka słów o biegu


GWiNT Ultra Cross to bieg o charakterze trailowym. Trzy trasy, które biegną między Grodziskiem Wielkopolskim, Wolsztynem i Nowym Tomyślem. Do wyboru trasa o długości 55 km- Mini Gwint, 110 km Normal Gwint oraz 100 mil (161 km) Super Gwint. W styczniu nieśmiało zapisałam się na Mini Gwinta. Ta “mini” trasa 55 km była idealna dla mnie, bez większych szaleństw, ale jednocześnie miał to być najdłuższy dystans, jaki do tej pory pokonałam. Przygotowania do Gwinta łączyłam w dużym stopniu z treningiem do wiosennego półmaratonu. Miesiące styczeń-kwiecień przepracowałam starannie, dużo biegania, trochę siłowni. Dodatkowo kilka tygodni przed startem w Gwincie zrobiłam długie wybiegania po 30 km. Po pierwszej “trzydziestce” czułam się nieco obolała, druga poszła gładko. Pomimo tego, że biegłam w lesie po wymagającym terenie, nogi dały radę, dystans nie był żadnym problemem. Bez przesadnej kokieterii stwierdziłam, że moja forma jest na dobrym poziomie. No nic, pozostało tylko czekać na dzień startu-13 maja.

Ja wiedziałam, że tak będzie


Na kilka dni przed sobotą, pogoda postanowiła przypomnieć sobie, że już dawno mamy wiosnę i zaczęło robić się dość ciepło. Wszystko fajnie i pięknie, lubię słońce, ale niekoniecznie podczas biegu. Wiedziałam, że organizm nie zdążył się jeszcze przyzwyczaić do biegania w wyższej temperaturze. Co istotne, start biegu na 55 km zaplanowany był na 12.00 w południe-idealny moment… Prognozy pogody nie pozostawiały złudzeń-lekko nie będzie. Jak się miało później okazać, nie pomyliłam się. Ktoś z Was może stwierdzić, że takie nastawienie już na wstępie postawiło mnie na przegranej pozycji. Nie, ja tylko realnie oceniłam swoje szanse. Znam siebie i wiem jak reaguje w określonych warunkach biegowych.

Jaki miałam plan na przebiegnięcie Gwinta? Trudno było sprecyzować dokładne tempo biegu. Długi dystans, nieznany leśny teren-nie wiedziałam czego mogę się spodziewać. Oczywiście profil trasy został udostępniony na stronie internetowej biegu. Jednak suche dane na temat przewyższeń nie przekonywały mnie. Trail to często piach, trawa, szyszki i kamienie-nigdy nie wiadomo, co zapląta się między nogami. Gwinta chciałam ukończyć w średnim tempie poniżej 6:00 min/km. Taki oto szalony plan. Ostatecznie Garmin wskazał 7:13 min/km. Tak, 7:13 min/km! Moje ambitne plany lekko się rozjechały. Dlatego też nie chcę mówić, że “przebiegłam Gwinta”, ja go ukończyłam. Za dużo i za często przechodziłam do marszu, abym mogła z czystym sumieniem nazwać to wszystko biegiem.

Z Poznania wyjechaliśmy w sobotę po 8.00, około 10.00 dojechaliśmy do Wolsztyna, gdzie znajdowała się baza zawodów. Odebranie pakietów poszło bardzo sprawnie. O 11.00 zapakowaliśmy się do autokarów i ruszyliśmy na start do miejscowości Zdrój. Około półgodzinna podróż zamuliła mnie totalnie. Słońce bez żadnych skrupułów wdzierało się do autobusu, zamiast myśleć o biegu i zachować gotowość bitewną, przysypiałam na ramieniu Damiana. Autokar nie miał klimatyzacji, a wysoka temperatura nie działała na mnie korzystnie. Po niedługim czasie czułam się niczym ludek Michelin- nogi, stopy i dłonie zaczęły mi puchnąć. No cóż, na to również byłam przygotowana. Dojechaliśmy na miejsce startu, koniec tego marudzenia. Bądź co bądź, 55 km samo się nie przebiegnie. Jeszcze szybkie siusiu (no dobra, nie takie szybkie, była długa kolejka), 3, 2, 1 i start!

Co ja tutaj robię, czyli 1-8 km


Pierwsze kilkaset metrów, a ja już wiem, że to nie jest mój dzień na bieganie. Ciężkie nogi nie chciały mnie słuchać. Zamiast biec, szurały. Na dobry początek spory podbieg i marsz. Wyobraźcie sobie jak w tym momencie upadły moje morale. Pierwszy kilometr biegu, a ja maszeruję. Zacisnęłam zęby i próbowałam złapać swój rytm. Nie było łatwo, 2-3 km prowadziły dość wąskimi i trawiastymi ścieżkami, biegliśmy gęsiego. Po jakimś czasie grupa biegaczy nieco się rozciągnęła, a ja nadal nie mogłam wskoczyć na swój tor. Co ciekawe, wydolnościowo czułam się dobrze, problemem były nogi. Wydawało mi się, że biegnę dość szybko, a na zegarku tempo 6:20 min/km. Od samego startu co kilka minut brałam kilka łyków wody, a i tak cały czas chciało mi się pić. Pierwszy i zarazem przedostatni żel wcisnęłam w siebie na 6 km. Z założeń żel miałam jeść co około 35 minut. Niestety przez gardło przechodziła mi tylko woda, żel był złem koniecznym, z którego ostatecznie zrezygnowałam. O ile mnie pamięć nie myli, na około 8 kilometrze znajdował się punkt odżywczy. Minęłam go nie zatrzymując się. Żele miałam własne i nie chciałam nic dojadać na punktach. Zapas wody w bukłaku jeszcze był i nie widziałam sensu w robieniu sobie pauzy.


Dobra mina do złej gry, czyli 9-20 km


Garmin wskazał dziesiąty kilometr, a ja miałam wrażenie jakbym przebiegła już ponad 30 km. To nie była nawet 1/5 zaplanowanego dystansu! Przede mną jeszcze około 45 km i po tej dyszce powinnam przecież czuć się świeżo i komfortowo. Biegłam coraz wolniej, kolejne kilometry pokonałam w tempie około 6:40 min/km. Z tego odcinka pamiętam, że było mi naprawdę źle. W głowie krążyła tylko jedna myśl “czy ja dam radę dobiec, dojść, doczołgać się do mety?” Miałam ochotę stanąć, tupnąć nogą, rozpłakać się i powiedzieć… w sumie nic nie mówić. Po prostu niech mnie ktoś już zaprowadzi do domu. Około 14 km sięgnęłam po drugi i ostatni żel. Naiwnie sądziłam, że po jego spożyciu stanie się cud, zgubię ołowianą zbroję, która trzymała się moich nóg i pognam dalej niczym górska kozica. Niestety żel nie miał magicznych właściwości. W mojej głowie za to zrodziła się wspaniała idea-schodzę z trasy! Tak! To jest myśl. Nigdy jeszcze nie zdarzyło mi się nie ukończyć biegu, w końcu musi być ten pierwszy raz. Tempo “biegu” zaczęło podchodzić pod 7:00 min/km. Oczywiście cały czas wydawało mi się, że biegnę o wiele szybciej. Przecież w górach na bardziej urozmaiconym terenie potrafiłam utrzymać podobne tempo. O co chodzi?! Wiedziałam, że mniej więcej na 21 km jest kolejny punkt odżywczy w Rakoniewicach. Decyzja zapadła, tam kończę to marne przedstawienie. Mój brat mieszka w okolicy, zadzwonię po niego, zgarnie mnie i podrzuci na metę w Wolsztynie. Tam sobie spokojnie poczekam na Damiana. No właśnie, Damian. Podczas biegu byłam bardzo ciekawa jak mu idzie..


Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść, czyli 21-38 km


W oddali widziałam już rynek w Rakoniewicach, jeszcze kilkaset metrów i koniec tej męczarni. Przystanęłam, wokół niemały gwar, ktoś uzupełniał wodę w bukłaku, cześć biegaczy odpoczywała na ławce, pozostali chłodzili się w fontannie. Już miałam ściągać plecak, poszukać telefonu i zadzwonić po brata. Nagle usłyszałam znajomy głos, na punkt wbiegła koleżanka Iza. Przywitałyśmy się i zakomunikowałam jej, że dalej nie biegnę. Reakacja Izy była oczywista: nie mam robić jaj, jej też jest ciężko, ciśniemy do mety-nie ma innej opcji. Dolała mi wody do bukłaku, ponarzekałyśmy i wspólnie doszłyśmy do jednego wniosku. Za nami 21 km, bieg nie sprawia nam żadnej przyjemności, pogoda nas znokautowała, a my walczymy resztkami sił. Moje nogi odmówiły posłuszeństwa, Izy nogi za to chciały biec, ale dla odmiany wydolnościowo czuła się gorzej. Nieważne, ciśniemy dalej, byle do kolejnego punktu odżywczego na 38km.

Z punktu w Rakoniewicach wybiegłyśmy razem. Ostatecznie każda z nas biegła swoim tempem, ale na trasie widziałyśmy się jeszcze kilka razy. Czasem na prowadzeniu była Iza, czasem ja-w zależności od przypływu sił. Przez kilka kilometrów trasę pokonywałam według schematu: 300 metrów szybkiego marszu i 700 metrów truchtu. Taktyka warta polecenia w przypadku kryzysów :). Czas i kilometry mijały szybciej i znośniej, jednak nie dopuszczałam do siebie myśli, że do mety jeszcze ponad 30 km. Podczas biegu spotkałam znajomego, który jechał rowerem. Jakie było moje zdziwienie jak dowiedziałam się, że Damian jest tylko około 20 minut przede mną. Miałam nadzieję, że czuje się lepiej ode mnie. Niestety okazało się, że też ledwo ciągnął.

Zbliżałam się do około 30 km, nadal uprawiając swój marszobieg. Na trasie spędziłam już 3,5 h, od około 15 kilometrów nic nie jadłam, cały czas bardzo dużo piłam. Chwilami łapała mnie kolka, brzuch był wzdęty, odbijało mi się. Średnio komfortowe warunki do biegu. Na 32 km usłyszałam dźwięk telefonu. Dzwonił Damian. Okazało się, że był niespełna 2 km przede mną. Zapytał jak mi idzie i bez większych emocji poinformował, że na najbliższym punkcie schodzi z trasy. Umówiliśmy się, że poczeka na mnie i potem pomyślę czy będę biegła dalej czy razem z nim zakończę Gwinta na 38km.

Trzy kilometry wspólnego marszu stały się chyba najistotniejszym momentem całego biegu. Damian, tak jak wspomniałam już wyżej, podjął świadomą i odważną decyzję, że odpuszcza i nie walczy dalej. Gdyby naprawdę się uparł to oczywiście ukończyłby ten bieg. Ale jego organizm wysyłał jasne sygnały “chłopie, daj spokój, nie dziś”. Nie musiał nikomu nic udowadniać, zwłaszcza sobie. O wiele więcej emocji było we mnie. Z jednej strony miałam już naprawdę dość tej nierównej walki, szarpania się o każdy kilometr. Kiedy usłyszałam, że Damian schodzi z trasy, to nagle jakiś głos w mojej głowie zaczął nawoływać “zrób to samo, dobrze wiesz, że jesteś za słaba i nie dobiegniesz do mety!”. W międzyczasie zadzwoniłam do brata, już jechał po Damiana (nas?) na punkt kontrolny w Głodnie. W pewnym momencie zorientowałam się, że ten zdesperowany, krzyczący w mojej głowie chochlik, ucichł. W zamian poczułam ogromny napływ mocy, energii i motywacji. W jednej chwili przypomniałam sobie o swoich planach na sierpniowy start w Gorcach na dystansie 80 km. Postawiłam sobie ultimatum-albo kończysz tego przeklętego Gwinta i w sierpniu lecisz 80 km, albo schodzisz z trasy i dajesz sobie spokój z takim dystansem. Wybór był jasny. Umówiliśmy się z Damianem, że jak padnę gdzieś w środku lasu to dam mu znać (o ile będzie zasięg) i będzie mnie szukał :). Co warto zaznaczyć, Damian nie namawiał mnie ani w jedną, ani w drugą stronę. Wiedział, że muszę sama podjąć decyzję, nikt nie dokona za mnie odpowiedniego wyboru.


Biegnę, jeszcze, więcej, biegnę, walczę wściekle, czyli 39-55 km


Ruszyłam jak z kopyta. To się musiało udać, nie dopuszczałam innej opcji. Kto jak nie ja? Ostatnie 15 km trasy pokonałam w zasadzie w 100% biegiem. Może oprócz dwóch większych podejść podczas których przeszłam do marszu. Te magiczne 15 km przypomniało mi o tym, że ja naprawdę kocham biegać! Wyprzedziłam sporo osób na trasie, kilka razy usłyszałam w oddali, że chyba dostałam drugie życie. Tak, stanowczo tak! To był mój wymęczony i wyczekany czas, chciałam z niego wycisnąć wszystko to, co najlepsze. Ostatnie 2 km biegliśmy już wzdłuż jeziora wolsztyńskiego. Meta dosłownie na wyciągnięcie ręki, a mi w pewnym momencie zrobiło się smutno, że za chwilę koniec biegu. To chyba był objaw porządnego zmęczenia. Ostatni zakręt, ostatnia prosta, ostatnie 200 metrów. Biegnę ze łzami w oczach, finisz mam naprawdę mocny. Ludzie wokół dopingują, a ja czuję się jak mistrzyni świata. Na mecie wpadam prosto w ramiona Damiana. Czuję, że cała się trzęsę. Pomału dociera do mnie to, co zrobiłam. Dla takich chwil, dla takich emocji warto biegać.

Wracając do początku wpisu. Nie pomyliłam się-bieg stał się fizyczną walką o każdy kilometr. 55 km ciągłych rozmów i kłótni z samym sobą. Byle do mety. Pomyliłam się za to w dość istotnej kwestii. Wydawało mi się , że mój 6 letni staż biegowy daje mi podstawy do stwierdzenia, że doskonale znam swoje możliwości. GWiNT Ultra Cross pokazał mi, że stać mnie na dużo i jeszcze więcej. Że warto walczyć o swoje marzenia, że upadek i zwątpienie to często szansa na bardziej świadome zwycięstwo. Takie lekcje pozostają w nas na zawsze.


GWiNT Ultra Cross to jedna z najpiękniejszych przygód biegowych w moim życiu.T


rochę statystyk:Czas 06:26:05

Miejsce open 117/276

Kobiety 19/66

Dziękuję za zdjęcia z mety Agnieszce Wojtal oraz Wolsztyńskiemu Klubowi Biegacza.