Byle do przodu

To już jest koniec…


Koniec roku to dobry czas na różne podsumowania. Tak mówią. W zasadzie każdy czas jest dobry. Warto czasem przystanąć i zastanowić się nad własnym życiem. I nie ma znaczenia, czy będzie to w grudniu, na Wielkanoc, czy w każdy pierwszy piątek miesiąca. Umówmy się jednak, że Nowy Rok zachęca do głębszych rozważań. Życzenia i plany wypowiedziane przy dźwięku otwieranego szampana, wydają się być bardziej realne i łatwiejsze do zrealizowania. No dobra… wiadomo, że nic samo się nie zrobi, ale od czegoś zacząć trzeba :) Tyle tytułem wstępu. W tym miejscu chciałabym zrobić krótki i szybki przegląd biegowego roku 2017. Żadnych spektakularnych sukcesów nie odniosłam, miażdżących porażek również. Także jest dobrze :) Patrzę w swój dzienniczek treningowy tj. Endomondo i widzę, że udało mi się wybiegać dość sporo kilometrów (jak na mnie)-2255 km! Oprócz biegania pojeździłam trochę na rowerze (1543 km) oraz 45 godzin spędziłam na siłowni.

2017 w pigułce


Styczeń

Początek roku przywitał nas nieco mroźną aurą. Uwielbiam biegać, kiedy temperatura powietrza spada kilka kresek poniżej 0. Miałam idealne warunki, aby kontynuować rozpoczęte w grudniu, przygotowania do wiosennych startów (Maniacka Dziesiątka oraz Półmaraton w Warszawie). Biegałam regularnie 4 razy w tygodniu, wpadło kilka dłuższych wybiegań i styczeń zamknęłam rekordowym dystansem w całym 2017 roku. Wybiegałam wówczas 240 km. Forma wyraźnie szła w górę.

Luty


Styczeń przepracowałam bardzo sumiennie. Wstępne założenia treningowe zrealizowałam w 100%. Zmotywowana, rozpoczęłam nowy miesiąc. Niestety w międzyczasie przyplątała się do mnie kontuzja. Podczas biegu zaczęłam odczuwać ból po zewnętrznej stronie prawego kolana. W takich sytuacjach z reguły dmucham na zimne, dlatego na kilka dni odstawiłam bieganie i skorzystałam z fachowej rady fizjoterapeuty. Luty był niepewnym miesiącem. Bieganie, rozciąganie, rolowanie, wizyty u fizjoterapeuty. Na szczęście kontuzja okazała się niegroźna i wystarczyły 3-4 tygodnie i wszystkie dolegliwości minęły. O kontuzji pisałam tutaj- https://blogobieganiu.com/2017/02/20/kontuzja-o-nie/

Marzec


Marzec rozpoczęłam z przytupem: test szybkości na 1 km. Nigdy takiego dystansu nie biegłam na maksa, także sama byłam ciekawa, co z tego wyjdzie. 1000 metrów udało mi się przebiec w 3 min 53 sek. Może być! :). W marcu odbywały się dwa biegi do których przygotowywałam się od grudnia-Maniacka Dziesiątka oraz półmaraton w Warszawie. Pierwszy bieg był totalny niewypałem-czas 46 minut z hakiem, 2 min powyżej założeń. Podczas półmaratonu udało się wybiegać życiówkę tj. 1:43:13, poprawa tylko o kilkanaście sekund, ale byłam zadowolona.



Kwiecień


W kwietniu startowałam w dwóch biegach na dystansie 5 km. Pierwszy z nich, szybka piątka na torze Poznań-22:13 oraz nieco wolniejsza w Strzelcach Krajeńskich. Zakręty i kostka brukowała pokonały mnie i na metę wbiegłam po 23 min i 6 sekundach. Tyle ścigania się. Priorytetem były dłuższe wybiegania przygotowujące do jednego z większych wyzwań w 2017. W maju odbywał się Gwint Ultra Cross 55 km.

Maj


Maj to Gwint Ultra Cross. Z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że był i jest to najbardziej emocjonującym start od czasu, kiedy zaczęłam biegać. A pomyśleć, że o mały włos go nie ukończyłam.

Wiedziałam, że podczas biegu pojawi się kryzys i zwątpienie. Ale, że będzie to już na pierwszych kilometrach…tego nie przewidziałam. Nogi niczym spuchnięte parówki, w głowie motywacja na najwyższym poziomie “nie dam rady, pieprzę to wszystko i schodzę z trasy”. Ostatecznie przekraczam linię mety.

Jeśli ktoś nie czytał relacji z Gwinta to serdecznie zapraszam, naprawdę działo się :) Więcej tutaj. W maju wystartowałam gościnnie w sztafecie XLPL Ekiden w drużynie Appchance. Od maja również postanowiłam usystematyzować swoje biegowe treningi rozpoczęłam współpracę z trenerem Pawłem Grzonką.

Czerwiec


Czerwiec był ciężkim miesiącem. Większość treningów człapałam tempem grubo powyżej 6:00 min/km. Plan treningowy miał na celu zbudowanie bazy tlenowej, a więc biegałam na niskim pulsie. I nie ma co ukrywać, męczyło mnie to bardzo. Nie fizycznie, ale psychicznie. Przyszedł moment, że bieganie przestało mnie cieszyć. Ale wiedziałam, że to wszystko jest po coś, trzeba być cierpliwym i poczekać na efekty.

W czerwcu startowałam wraz z Damianem w półmaratonie Słowaka w Grodzisku Wielkopolskim. Obydwoje wystąpiliśmy w roli pacemakerów, Damian prowadził grupę na 2:00 h, ja na 2:15 h.

Lipiec


Na początku miesiąca wyruszyliśmy do Trójmiasta. Startowaliśmy tam w TriCity Trail na dystansie 48 km. Dość wymagającą trasę o przewyższeniu 1000 m udało mi się pokonać w 5:11 h, będąc 6 kobietą na mecie. Taki mały sukces :) Człapanko podczas treningów dało rezultaty. Pod koniec miesiąca odwiedziliśmy Parkrun na warszawskiej Pradze. W Poznaniu mamy jednak lepszą trasę :)


Sierpień


W sierpniu miałam stać się ultrasem z prawdziwego zdarzenia. Gorce Ultra Trail na dystansie 80 km był celem numer 1 w 2017 roku. Plany planami, stchórzyłam i ostatecznie wybrałam krótszą z tras. Dlaczego stało się tak, a nie inaczej oraz czy żałowałam tej decyzji, możecie przeczytać tutaj- https://blogobieganiu.com/2017/08/31/ultra-klops/


Wiem jedno, w góry jeszcze wrócę :) Na koniec miesiąca pościgałam się jeszcze w Murowanej Goślinie na dystansie 5 km. Udało się wykręcić najlepszy czas na tym dystansie w 2017 roku- 22:09 min.

Wrzesień


Początek września to start na dystansie 3,5 km w ramach Business Run. Było naprawdę szybko, średnie tempo 4:18 min/km. Może być! I to był chyba ostatni pozytywny akcent biegowy w 2017 roku. Po biegu spakowaliśmy walizki i rozpoczęliśmy nasz długo wyczekiwany urlop. Pomimo ambitnych planów podczas tygodniowego pobytu w upalnej Grecji, nie założyłam butów do biegania ani razu. Było za to sporo jedzenia i wina :) Drugi tydzień wakacji spędziliśmy w górach, było może mniej leniwie, ale cały czas czerpaliśmy z urlopu to, co najlepsze :) Także nie ma się co dziwić, że po dwóch tygodniach biegowej rozpusty, półmaraton w Zbąszyniu pobiegłam, łagodnie rzecz ujmując, kiepsko.

Październik


Z perspektywy czasu wiem, że po półmaratonie w Zbąszyniu powinnam zrobić sobie porządne roztrenowanie. Liczyłam jednak jeszcze na “odrodzenie” i jakiś fajny wynik podczas startu na 10 km w Rakoniewicach. Także doturlałam się jeszcze do 8 października i zaliczyłam kolejny spalony start we wspomnianych Rakoniewicach. W strasznych męczarniach przebiegłam tę dychę w nieco ponad 48 min i rozpoczęłam upragnione roztrenowanie. Pierwsze 6 dni nie robiłam nic, potem wpadło trochę roweru oraz ćwiczenia siłowe. Po 12 dniach bez biegania spontanicznie pobiegłam na Parkrunie i wykręciłam wtedy nawet dobry czas-23:30 min. 28 października zaliczyliśmy kolejną lokalizację Parkrunową, tym razem w Gorzowie Wielkopolskim.

Listopad


Do regularnych treningów (4 jednostki w tygodniu) wróciłam od 7 listopada. Forma zaczęła wracać dość szybko. Najważniejsze, że odzyskałam chęć i motywację do biegania. Przed roztrenowaniem bywało z tym różnie. 18 listopada wystartowałam w CityTrail, a wynik 22:45 min na 5 km skutecznie zachęcił do dalszej pracy.

Grudzień


W grudniu rozkręciłam się już konkretnie, jeśli chodzi o treningi. Wybiegałam 221 km, regularnie też ćwiczyłam. Przyznam, że 2 zaplanowanych treningów nie zrobiłam. Nie chodzi o to, że chcę odpuszczać, ale jak czuję, że naprawdę nie mam mocy, energii i weny na bieganie, nie będę się zmuszała. Ponownie pobiegłam w poznańskim City Trail i pomimo kiepskich warunków na trasie (błoto) udało się wykręcić czas 22:32.

Byle do przodu


Plany biegowe na rok 2018? Jakieś są :) W tym roku będę pracowała nad szybkością, aby w końcu poprawić dawno zapomniane życiówki na dystansach 5-21 km. Z drugiej strony chciałabym, aby bieganie sprawiało mi przyjemność, nie chce robić nic na siłę “bo trzeba”. Wiem, że chcąc poprawić swoje wyniki, czeka mnie dużo pracy. Dobrych rezultatów nie robi się z niczego. Ale właśnie w tej walce odnajduję radość i motywację. Najważniejsze mieć cel i małymi krokami go realizować. Szczęśliwego!