Kiedy byłam w 6 miesiącu ciąży zrezygnowałam z biegania. Wydawało mi się, że zanim wrócę do treningów miną wieki. Ani się obejrzałam i już śmigam. Od czasu jak urodziła się Julia, czas leci jak szalony.

Na bieg z okazji rocznicy Poznańskiego Czerwca 1956 roku, zapisałam się jeszcze jak byłam w ciąży. Cieszyłam się na ten start! Myślałam, że będąc nieco ponad 2 miesiące po porodzie, bieganie nie będzie sprawiać żadnych problemów.

Wątpliwości przyszły po narodzinach Julii. Po pierwsze, z przyczyn niezależnych ode mnie miałam cesarskie cięcie. Jak wiadomo po CC powrót do treningów może się wydłużyć. Po drugie jak już zaczęłam truchtać, naprawdę zwątpiłam w swoje siły. Biegam bardzo wolno, o wiele wolniej niż jak zaczynałam przygodę z bieganiem. Ale ostatecznie nie zrezygnowałam ze startu. Nie planowałam przecież biec na żaden konkretny czas, a w swoim tempie pokonać dystans 10 km.

Ale…nie byłabym sobą, abym tuż przed samym startem nie postawiła sobie jakiegoś celu 🙂 Wymyśliłam, że postaram się złamać 1h! Jakkolwiek to brzmi, dla mnie to było (jest) wyzwanie. Chyba najbardziej zrozumieją mnie te kobiety, które same walczyły o powrót do formy po ciąży. Przerwa w bieganiu, poród i nadprogramowe (nadal) kilogramy, to ciężki kawałek chleba. Dodam, że maksymalny dystans. który udało mi się ostatnio przebiec to 8km w średnim tempie 6:32min/km. Zazwyczaj moje treningi kończą się po 5-6km. Także sami widzicie, lekko nie jest. Ale decyzja zapadła, biegnę!

Pakiet na bieg odebrałam już w piątek. Pomimo tego, że organizator umożliwił odbiór pakietów wcześniej, w niedzielę przed biurem zawodów ustawiła się ogromna kolejka. Z tego powodu start został przesunięty o około 15 minut. Nie wiem z czego to wynikało, nie będę zatem tego komentować. Niemniej jednak pierwszy raz spotkałam się z taką sytuacją i uważam, że niedopuszczalne jest przesuwanie godziny startu z powodu nie odebranych pakietów. Coś ewidentnie nie zagrało, jeśli chodzi o pracę biura zawodów. Nie pozostało nic innego jak znaleźć sobie zacienione miejsce i poczekać na start.

w tłumie

Stojąc już w strefie startowej poczułam znany mi dreszczyk emocji… jak ja za tym tęskniłam! Po szybkiej analizie profilu trasy, plan na bieg był następujący: początek jest z górki, pobiegnę nieco szybciej, ale w granicy komfortu. W drugiej części biegu postaram się trzymać tempo około 5:50min/km. Na ostatnim km czekał nas spory podbieg, ale jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, nawet jak zwolnię, to będę miała zapas do złamania godziny. Ku mojemu zaskoczeniu wszystko ułożyło się idealnie. Pomimo wysokiej temperatury powietrza i biegu w okolicy godziny 12:00 udało się dość luźno przebiec 10km. Myślę, że pomogło regularne nawadnianie. Ruszyłam z butelką w dłoni, na 5km na punkcie odżywczym można było poczęstować się kolejną. Wspomniany podbieg też nie był taki straszny, może dlatego, że meta była już tak blisko? Sama trasa biegu była całkiem przyjemna. Lubię biegi uliczne, zwłaszcza po Poznaniu. Nawet Droga Dębińska weszła gładko (prosta ciągnąca się około 4km). Zresztą chyba nie jestem odpowiednią osobą do oceny biegów. Był to mój pierwszy start po długiej przerwie, druga sprawa naprawdę brałam już udział w wielu imprezach i taki element jak np. zawartość pakietu startowego, jest dla mnie obojętny.

Do poprawki jedna rzecz: wiązanie butów. Zapomniałam, aby na zawodach wiązać je podwójnie i zmuszona byłam zaliczyć mały postój. Niby tylko kilkadziesiąt sekund, ale potrafi wybić z rytmu. I w przypadku biegu na życiówkę może nieźle wkurzyć.

Mój czas na mecie to 57min 33 sek… ahh te sznurowadła :). Międzyczasy wyglądały tak: